Był taki czas, jeszcze w województwie zamojskim, kiedy można było kupić zabytkowy drewniany dwór albo murowany pałac. W latach 70. XX wieku pojawiło się hasło „Zabytki na sprzedaż”. Ówczesny wojewódzki konserwator zabytków dr Jan Górak wytypował pierwsze obiekty, które czekały na nowych właścicieli. Informował o tym „Kurier Lubelski” (nr 158 z 14 lipca 1977 r.).

W ofercie z Zamojszczyzny znalazł się m.in. dawny pałac Szeptyckich w Łaszczowie. Obiekt, jak zaznaczono w ogłoszeniu, był znacznie zniszczony. Miał 1150 m kw. powierzchni użytkowej i leżał w ośmiohektarowym parku. Dziś wiemy, że majątek wrócił do rodziny Szeptyckich i z wielką pieczołowitością jest poddawany rewitalizacji. W przyszłości ma stać się Domem Komedii Aleksandra Fredry. To przykład, że zabytkowa rezydencja może otrzymać nowe życie, a jej historia się nie kończy.

Na nabywcę czekał wówczas także dwór Smorczewskich w Stryjowie. Dwukondygnacyjny budynek miał prawie 500 m kw. powierzchni, a otaczający go park zajmował sześć hektarów. Nie był to zresztą zwykły dwór. Smorczewscy rozbudowali go w okazałą rezydencję, której nadano cechy włoskiej willi. Dziś wnętrza są całkowicie zrujnowane, a budowla nosi wyraźne ślady upływu czasu. Wystarczy spojrzeć na zachowane detale architektoniczne i ornamentykę, by wyobrazić sobie jej dawną świetność. Czy ktoś kupił ją w latach 70., a później pozostawił bez opieki? To pytanie wymaga jeszcze odpowiedzi. Jedno jest pewne: Stryjów to kolejny zabytek, którego stan budzi niepokój.

Do kupienia był również pałac w Czumowie, należący niegdyś do rodziny Podhoreckich. Dwukondygnacyjny, w dobrym stanie, z obszernymi piwnicami, położony nad Bugiem. Lokalizacja z pewnością była atutem. Pałac miał później dwóch właścicieli. Jeden przeprowadził remont i otworzył obiekt dla turystów. Działała tam m.in. izba pamięci Wiktora Zina. Dalsze losy rezydencji pokazują jednak, że samo znalezienie nabywcy nie przesądza jeszcze o przyszłości zabytku.

W latach 70. XX wieku na nowych właścicieli czekały także inne obiekty. Wśród nich drewniany dwór w Korhyniach z 1900 r., związany z rodziną Ligowskich, murowano-drewniany dwór w Skomorochach Dużych z pierwszej połowy XIX wieku, otoczony dziewięciohektarowym parkiem, oraz drewniany dwór w Białowodach koło Uchań.

Ten ostatni miał być szczególnie interesujący dla nabywcy ze względu na niewielkie rozmiary. Należał do Grotthusów od 1816 r. Z rodziną tą związana była historia hrubieszowskiego ruchu regionalnego – jej potomkowie przez sto lat stali na czele Towarzystwa Regionalnego Hrubieszowskiego. Dworek otaczał park o powierzchni 2,5 ha, w którym rosły dwie lipowe altany. Po wojnie mieściła się w nim szkoła. Dziś budynek jest ruiną.

Nie wszystkie historie z tej dawnej oferty potoczyły się jednak tak samo. Dwór w Korhyniach jest obecnie własnością prywatną i został odrestaurowany. W Skomorochach Dużych również pojawiła się szansa na ratunek. Nowi właściciele podjęli próbę ocalenia zabytku, prowadząc działania remontowe i poszukując środków na dalsze prace.

Tamta oferta liczy już niemal pół wieku. Zmieniły się granice administracyjne, właściciele, przeznaczenie budynków, ale nie zmieniło się jedno: zabytkowy dwór czy pałac potrzebuje kogoś, kto zechce wziąć za niego odpowiedzialność. Sama sprzedaż nie jest przecież gwarancją ocalenia. Wystarczy przypomnieć Moroczyn, gdzie dwór Chrzanowskich, mimo że przetrwał wojnę, po pożarach i latach zaniedbań zamienił się w ruinę. Z dawnej rezydencji pozostały fragmenty murów, park i spichlerz, który również nie doczekał się dokończenia remontu. A przecież to miejsce związane z rodziną, która zgromadziła cenny księgozbiór, i z prof. Tadeuszem Chrzanowskim, wybitnym historykiem sztuki.

Ile podobnych historii kryje jeszcze Zamojszczyzna? Ile dworów i pałaców można dziś kupić, a ile – choć nie ma ich już w żadnej ofercie – wciąż czeka na ratunek? Ile można ocalić, zanim pozostaną po nich tylko wspomnienia, fotografie i archiwalne ogłoszenia? Bo zabytki można wystawić na sprzedaż, można zmienić ich właściciela i przeznaczenie. Nie można jednak bez końca odkładać decyzji o ich ratowaniu.

Oprac. na podst. „Kurier Lubelski” (nr 158 z 14 lipca 1977 r.)

Agnieszka Piela