„Historia oparta na wątpliwej wartości autentykach staje się nawet nie legendą, ale po prostu bajką” – tym zdaniem rozpoczyna swój artykuł Hipolit Kozioł, opublikowany w dodatku „Kultura i Życie” do „Sztandaru Ludu” (nr 218 z 1959 r.). Autor postanowił rozprawić się z narastającymi przez lata opowieściami o wojennych losach obrazu Jana Matejki „Hołd Pruski” i jego pobycie w Zamościu podczas okupacji.
Do działania skłonił go artykuł „Tajemnice Hołdu Pruskiego”, zamieszczony w „Kurierze Lubelskim” 30–31 sierpnia 1959 r. Według Kozioła przedstawiona tam wersja wydarzeń „pod względem wierności faktom stoi niżej od bajki”. Aby oddzielić prawdę od legendy, sięgnął do źródeł, rozmawiał z uczestnikami akcji ukrywania dzieła oraz zweryfikował informacje w Muzeum Narodowym w Krakowie. Za „bajkowe” uznał przede wszystkim opowieści o limuzynach wypełnionych złotem Banku Polskiego, skarbami narodowymi i muzealnymi zbiorami, które miały zostać rozbite przez niemieckie samoloty w okolicach Krasnobrodu. W tej wersji bezcenne arrasy, obrazy i zbroje miały leżeć rozrzucone po drodze, a sam „Hołd Pruski” miał zostać odnaleziony porzucony w przydrożnym rowie.
– Jest to tyle zgodne z prawdą – pisał Kozioł – co wiadomość, że w nocy z 12 na 13 września do Zamościa wpadły pierwsze patrole niemieckie.
Podobnie zakwestionował historię o śmierci kustosza Muzeum Narodowego i jego syna podczas bombardowania pod Krasnobrodem. Aby ustalić rzeczywisty przebieg wydarzeń, dotarł do osób, które brały udział w ukrywaniu obrazu lub były świadkami tych wydarzeń. Rozmawiał m.in. z doc. dr. Kazimierzem Buczkowskim, ówczesnym kustoszem Muzeum Narodowego w Krakowie, a także ze Stanisławem Wiktorowiczem, prof. Stefanem Millerem, ks. dr. W. Staniszewskim, ks. dr. Kowalskim, dziekanem Franciszkiem Zawiszą, Władysławem Klimkiem i Marianem Radziejewskim.
Według ustaleń Hipolita Kozioła losy „Hołdu Pruskiego” były znacznie mniej sensacyjne, niż przedstawiały to późniejsze opowieści. Po odpowiednim przygotowaniu do transportu obraz Jana Matejki zwinięto i umieszczono w cynkowej rurze, którą następnie zamknięto w wysmołowanej drewnianej skrzyni o długości około ośmiu metrów. Tak zabezpieczony został załadowany na samochód ciężarowy w Krakowie. Konwojowi towarzyszyli dwaj kierowcy: Roman Wazowski, brat ówczesnego burmistrza Zamościa, oraz inż. Eugeniusz Tor. Do Zamościa dotarli 2 września 1939 r. około godziny dziesiątej rano. Samochód ze skrzynią zatrzymał się prawdopodobnie przy remizie strażackiej, choć ks. Kowalski twierdził, że było to w zabudowaniach Kowerskiego. Podczas narady zwołanej przez starostę Sochańskiego rozważano różne sposoby ukrycia bezcennego dzieła. Jedna z propozycji zakładała zatopienie skrzyni w stawach pod Łabuniami. Pomysł odrzucono jednak, gdy zwrócono uwagę, że podczas okresowego spuszczania wody mogłaby ona zostać odkryta. Ostatecznie zdecydowano się ukryć obraz w podziemiach kościoła św. Katarzyny. Początkowo zadanie powierzono zaprzysiężonym oficerom, lecz wobec trudności organizacyjnych do akcji skierowano robotników z taboru miejskiego. Kluczową rolę odegrał majster murarski Michał Radziejewski, który wybił otwór w murze umożliwiający wniesienie skrzyni do podziemi. Prace trwały do północy i obejmowały zarówno poszerzenie otworu, wciągnięcie skrzyni, jak i staranne zatarcie wszelkich śladów. Wszystkie osoby uczestniczące w przedsięwzięciu zostały zaprzysiężone przez ks. Franciszka Zawiszę. Jak podkreślał Kozioł, skrzyni nie zakopano. Została jedynie ułożona w podziemiach, ponieważ konstrukcja sklepień uniemożliwiała wykonanie głębszego schowka. Po kilku tygodniach sytuacja uległa zmianie. 20 października 1939 r. do Zamościa powrócił inż. Tor. Wraz ze Stefanem Millerem, Romanem Wazowskim i studentem medycyny Mieczysławem Riesserem podjął decyzję o ponownym zabezpieczeniu obrazu. Profesor Miller przyniósł nawet własne prześcieradła potrzebne do jego ochrony. Szczegółowy przebieg tej operacji opisał Stanisław Wiktorowicz: „Od tej chwili zaczęła się moja rola. Zabrałem z elektrowni stolarza Jana Necia z narzędziami i materiałem oraz Ludwika Mroza i Stanisława Nieściowa do pomocy. Oczyściliśmy obraz, zwinęliśmy i zapakowaliśmy do skrzyni…” Wiktorowicz zorganizował również transport. Po zmroku pod kościół przyjechał wóz zaprzężony w parę koni. Skrzynię zamaskowano deskami i przewieziono do elektrowni miejskiej. Tam ukryto ją na poddaszu szopy, w której wyrabiano pustaki, starannie maskując miejsce przechowania różnymi niepotrzebnymi przedmiotami. Wydobycie skrzyni z podziemi potwierdzał także Michał Radziejewski, który wspominał, że wraz z Rafałem Klocem i swoim bratem Aleksandrem został ponownie zaprzysiężony przed rozpoczęciem prac. Relacje obu mężczyzn znalazły potwierdzenie w świadectwie dr. Kazimierza Buczkowskiego, kustosza Muzeum Narodowego w Krakowie. 12 listopada 1939 r. Buczkowski przybył do Zamościa, dysponując stosownymi dokumentami wydanymi przez niemieckie władze okupacyjne. Odebrał obraz i przewiózł go do Krakowa. Tam „Hołd Pruski” przetrwał okupację, ukryty w Muzeum Czapskich.
Przywołując liczne relacje uczestników wydarzeń, Hipolit Kozioł nie pozostawiał wątpliwości. Ich zgodne świadectwa stanowiły, jego zdaniem, wystarczający dowód, by sensacyjne historie publikowane w „Zorzy Świątecznej” czy „Kurierze Lubelskim” traktować z dużą ostrożnością.
Oprac.
Agnieszka Piela
