„Rok 1975 był dla nowej stolicy województwa zamojskiego zamieszkiwanej wówczas przez 39 tys. mieszkańców wielką szansą. Otworzyły się perspektywy rozwoju, zaczęło się coś dziać wokół budownictwa mieszkaniowego. I wtedy właśnie powiatowa instancja partyjna orzekła, iż w mieście brakuje ludzi nadających się do objęcia wiodących stanowisk w urzędach wojewódzkim i miejskim oraz KW PZPR. I wtedy właśnie zaczęli przybywać obcy. Specjaliści i fachowcy, ale także ci, których nęciły wyłącznie ciepłe posadki. W ślad za nimi ciągnęły sekretarki, maszynistki i zaufani kierowcy. Im wszystkim trzeba było dać mieszkania. I dawano. Dyrektorom i inspektorom urzędu wojewódzkiego, pracownikom KW MO, pracownikom aparatu partyjnego, oraz maszynistkom i kierowcom” – o tej sprawie tak pisała w artykule „Trzy oblicza prawdy” Maria Bobińska (Słowo Powszechne, 18.03.1981 nr 54).
Kwestia mieszkań komunalnych, które na zamojskiej starówce i poza nią dostali, co ważniejsi pracownicy zamojskich i wojewódzkich urzędów oraz cały kontekst tej sprawy wywołały ogromny skandal. Lokale były często nawet 3 razy większe od zwykłych spółdzielczych mieszkań. Wśród zarzutów o niegospodarność miejskimi finansami poprzez płacenie z kasy miejskiej za remonty mieszkań dochodziła jeszcze kwestia, iż mieszkania najemcy otrzymywali za darmo, gdyż było to budownictwo komunalne. Oburzenie zwykłych mieszkańców nienależących do obywateli tak zwanej kategorii „S” było gigantyczne i spowodowało interwencję władz na wysokim szczeblu. Wyposażenie i remonty tych urzędniczych mieszkań były wykonywane w pierwszej kolejności i za pieniądze wszystkich obywateli miasta i ówczesnego województwa zamojskiego.
Autorka artykułu zbadała dosyć szczegółowo opisywaną sprawę. Między innymi odwiedziła kilka z kilkudziesięciu „problematycznych” lokali. Cytując jeden z ciekawszych fragmentów: „Według oficjalnych danych powierzchnia tego lokalu wynosi sto dwa metry kwadratowe. Za roboty budowlane wypłacono z państwowej kasy 221 tys. zł, za wyposażenie dodatkowe tylko 9 tys. zł. Piszę „tylko”, bo w innych mieszkaniach na zamojskiej Starówce kwoty wydatkowane na indywidualne wyposażenie wahają się od kilkudziesięciu do blisko stu pięćdziesięciu tysięcy złotych. Mieszkanie otrzymało 4 sekretarzy Komitetu Wojewódzkiego, ośmiu pracowników Przedsiębiorstwa Konserwacji Zabytków, 9 pracowników innych instytucji. Oglądam jeszcze kilka staromiejskich mieszkań. Imponuje w nich zwłaszcza – niespotykana nigdzie indziej, bo obwarowana rygorystycznymi przepisami – ogromna powierzchnia. Oglądam dokumenty – sto dwadzieścia pięć metrów kwadratowych, sto trzydzieści siedem – nie da się ukryć, to nie jest to co nasze czterdzieści lub pięćdziesiąt metrów w spółdzielczym M-ileś(…) W kilku odwiedzonych przeze mnie mieszkaniach lokatorzy siedzą już na walizkach. Jedni wracają do Warszawy, inni do Lublina lub Hrubieszowa. Jakimś cudem zachowali poprzednie mieszkania, choć prawo nie pozwala na posiadanie dwóch lokali mieszkalnych. Wyjeżdżają rozgoryczeni. Uważają, że zorganizowano na nich podłą nagonkę. Pokazują zacieki i odpryski na ścianach na dowód, że nie mieli takich luksusów. – Sprawiedliwy gniew robotników nagromadzonych przez lata niesłusznie skierował się przeciw nam– mówią (…)”. Mówimy też o 67 lokalach usytuowanych poza starówką. Ulepszenie ich kosztowało 2 miliony. Nie sprawdzono, czy przybyli w 1975 roku kandydaci na dyrektorów wydziałów i inspektorów urzędów wojewódzkiego, milicjanci i pracownicy aparatu partyjnego oddali swoje poprzednie mieszkania. Nie udaremniono im spekulacji nowo otrzymanymi lokalami.
Natomiast zwykli Zamościanie nie tylko „spadali z listy” przydziałów mieszkań, ale i musieli na własny koszt remontować swoje, często małe mieszkania. W czasach niedoborów i braków w zaopatrzeniu, także sklepów budowlanych, było to niezwykle problematyczne. Sprawą zainteresowały się również media zwykle posłuszne władzy także tej samorządowej, ponieważ sytuacja była nader skandaliczna.
„Historyjki prawdziwe o małżeństwach z dziećmi mieszkających nielegalnie w pralniach, o starszych osobach żyjących w komórkach bez ogrzewania i światła są tu na porządku dziennym. Nikogo też nie bulwersuje specjalnie bloku XXVIII przy Alei Lenina, który choć ma dopiero kilka miesięcy niepokojąco odchyla się od pionu, nie działają w nim windy i woda leje się po ścianach”.
Próba naprawy tej sytuacji podjęta przez NIK i urząd wojewódzki doprowadziła do zwrotu części mieszkań, bądź pieniędzy za remonty, ewentualnie przekazanie lokali lub budynków instytucjom pożytku publicznego. Zapowiedziano również wyciągnięcie konsekwencji względem członków partii, które działania przyczyniły się do niegospodarnego zarządzania majątkiem wspólnym.
Autorka artykułu opisuje bardzo nieciekawą rzeczywistości wielu Zamościan, którzy musieli zmagać się z trudnościami lokalowymi, finansowymi i społecznymi. Wśród problemów wylicza kwestie służby zdrowia, która znajdowała się „w opłakanym stanie”. Brak przedszkoli, okropne warunki Państwowego Domu Dziecka oraz mała liczba miejsc w domach opieki to tylko część problemów ówczesnego miasta.
„W Zamościu jest za mało wody – powiedziała magister Wiktor Wilk z wojewódzkiej dyrekcji rozbudowy miast i osiedli wiejskich – budowane obecnie ujęcie wody nad Łabuńką niewiele zmniejszy deficyt. Pilnego rozwiązania wymagają sprawy oczyszczalni i odprowadzania ścieków, ujęcia wody, kotłowni. Jeśli nie zrobimy tego w szybkim tempie, może się zdarzyć, że miasto trzeba będzie zamknąć”.
Do problemów, które wylicza redaktor Bobińska doszła sprawa nowego i bardzo dużego choć niedokończonego stadionu miejskiego, na zakończenie budowy, którego potrzebne są pieniądze większe niż przewidziane w budżecie. Wśród innych niedokończonych inwestycji był dworzec PKP, zbudowany w „szczerym polu”, który od początku nie był użytkowany, ponieważ w miejscu gdzie powstał nie jeździły pociągi pasażerskie. Inną problematyczną kwestią był szpital wojewódzki, podczas budowy którego zmieniano kilkakrotnie plany samego szpitala. Było to związane między innymi z niezrealizowanym pomysłem budowy filii Centrum Zdrowia Dziecka.
Zakończę te rozważania jeszcze raz cytatem z Marii Bobińskiej, która bardzo celnie podsumowała sprawę „Trudno dzisiaj zliczyć wdeptane w zamojskie błoto pieniądze. Trudno ustalić winnych. Prawdę rozmywana i zacierana przez tyle lat wydaje się nieuchwytna. Jedno jest jednak pewne: życie mieszkańców Zamościa nie stało się lepsze. Przeciwnie.”
Opracowano na podstawie zasobów Książnicy Zamojskiej.
Mariusz Blicharz
