Pochodził z Białobrzeg koło Zamościa. Urodził się tam 16 października 1900 r., w czasach Polski rozbiorowej. Pierwszą edukację zdobywał w języku rosyjskim w czteroklasowej szkole w Bortatyczach, a następnie w dwuletniej w Zamościu. W 1916 roku podjął naukę w Carsko-Królewskim Gimnazjum Realnym. Był jednym z jego pierwszych uczniów.
Był świadkiem i uczestnikiem wydarzeń 1918 r. Jedno niezwykłe i bardzo niebezpiecznie zdarzenie opisał. Jako gimnazjalista wziął udział w proteście zamojskiego społeczeństwa, przeciw traktatowi brzeskiemu, który oddawał Chełmszczyznę Ukrainie. Miało to miejsce na początku marca tegoż roku. Pochód maszerował w proteście ulicami Zamościa. Kiedy był na ulicy Akademickiej, prawie wszyscy uczniowie szkół średnich dołączyli do zgromadzenia, tym bardziej że na czele pochodu szedł profesor Stefan Miler. Nastrój był bardzo poważny i smutny. Wszyscy śpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”. Na rynku i przed C.K. Komendą [aut: C. K. Kreiskomando – późniejszy budynek Starostwa] społeczeństwo śpiewało pieśni i zanosiło okrzyki: „Precz z zaborcami”, „Niech żyje wolna Polska” itp. Profesor Miler miał wielki wpływ na młodzież. Pod jego wpływem licznie zgromadziła się na rynku. On sam wygłosił płomienną mowę, podkreślając, że wrogowie Polski już nie długo zostaną pokonani. Jedna z uczennic przyniosła biało-czerwony sztandar z Orłem i napisem: „Niech żyje wolna Polska – precz z zaborcami”. Sztandar otoczyli najstarsi uczniowie w liczbie około dwudziestu. Wśród nich we wspomnieniach profesor wymieniał Turczyna, Juśko, Bartoszczyka, Kołodziejczyka z Seminarium Nauczycielskiego oraz Stelamaszczuka, Wojtasa, Gilowskiego, Domaniewskiego oraz Bojarczuka.
Z relacji Stefana Milera dowiadujemy się, że wydarzenie to miało miejsce 17 lutego 1918 r. i mogło przybrać bardzo dramatyczny przebieg. Tłum kierujący wrogie okrzyki wobec Austrii i Niemiec był wypierany spod C.K. Komendy na rynek przez oddziały wojska z najeżonymi bagnetami. Mogło dojść do rozlewu krwi. Na rynku manifestacja została rozwiązana. Jednak część tłumu śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła” ze sztandarem narodowym, spowitym krępą, udała się podniecona na ulicę Lwowską. Najwięcej wzburzenia przejawiała młodzież, która czwórkami i ze śpiewem udała się w tymże kierunku na Nową Osadę. Na ulicy Lwowskiej, w okolicy Banku Polskiego (dzisiejszy budynek sądu) i domu pana Domaniewskiego stało kilku niemieckich żołnierzy z oddziału przysłanego na kilka dni dla konserwacji grobów wojennych. Palili cygara, śmiali się i mieli drwiące miny. Miler podbiegł do podoficera palącego fajkę i wezwał go, aby zasalutował sztandar. Niemiec nie zareagował i ironicznie pyknął dymem z fajki. Profesor oburzony uderzył go. Młodzież zaczęła wyrywać sztachety, by nimi zaatakować Niemców, a ci cofnęli się w głąb uliczki, do tyłu sąsiedniego domu. Tam błysnęły bagnety. Na szczęście broni nie użyli, a profesor uspokoił młodzież. Po tym zajściu pochód udał się dalej i rozwiązał na Nowym Mieście. Szczęśliwie konsekwencje incydentu nie były dla profesora zbyt dotkliwe. Profesor mógł trafić do więzienia, czego dopominał się dowódca niemieckiego oddziału. Stało się inaczej dzięki przychylności Komendanta Obwodu Zamojskiego pułkownika Fischera, przesłuchującego go komisarza dr. Jasińskiego i licznym delegacjom, jakie stawały w jego obronie. Na jakiś czas Miler musiał jednać zniknąć z Zamościa. Przewieziono go do Klemensowa, gdzie przebywał 12 dni u państwa dr. Wyszyńskich, aż sprawa ucichła.
Młodego gimnazjalistę Michała Bojarczuka poznajemy także poprzez tekst zamieszczony w dziewiątym numerze Kroniki Powiatu Zamojskiego z 1918 r. Prawie 18-letni wówczas Michał został wymieniony jako korespondent na okładce czasopisma. Jego tekst opatrzony tytułem „Białobrzegi” został zamieszczony w rubryce „Korespondencje”. Autor zdawał w nim relację, że 9-czerwca „mieliśmy w Białobrzegach o godzinie 7 wieczór teatr amatorski”. Na program złożyły się deklamacje, śpiewy chóralne, „Dla szczęścia dziecka” w 3 aktach i „Występek komika” w 2 aktach odegrany przez dwóch mieszkańców: Władysława Bojarczuka i Marcina Buczyńskiego. Ten ostatni punkt najbardziej spodobał się publiczności. Przedstawienie zorganizowano pod kierownictwem nauczycielki, p. Stefanii Kowalskiej. Za budynek teatralny posłużyła gospodarska stodoła, ozdobiona zielenią. Dochód z przedstawienia w wysokości 473 koron młodzież przeznaczyła na założenie w Białobrzegach biblioteki. Michał reżyserował, występował jako aktor i organizator.
O jego młodzieńczej aktywności społecznej świadczy też to, że jako uczeń gimnazjum w 1918 roku nie jednokrotnie pełnił funkcję sekretarza po wsiach, podczas zebrań organizacyjnych „Kółek Młodzież Wiejskiej”, które zakładała doktorowa Helena Bogucka.
Nie dane mu było ukończyć zamojskiego gimnazjum. O atmosferze, jaka panowała w trzecim roku istnienia tej szkoły, napisał: „Dwuletnia siejba szkoły zaczęła wydawać plony, uczniowie zapisują się do P.O.W., ćwiczą na pobliskich błoniach w jakimś poczuciu, że już niedługo trzeba będzie chwycić za broń, by ziścić marzenia naszych dziadów z 1831 i 1863 r.” I on wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej, służył w Legionach. Szybko jednak wrócił do cywila. Chciał ukończyć szkołę. Dzięki pomocy starszego brata Władysława kontynuował naukę w gimnazjum Piusa X we Włocławku. Tam otrzymał świadectwo dojrzałości.
Chciał zostać księdzem. Po maturze wstąpił do seminarium duchownego. Jednak tuż przed święceniami porzucił ten zamiar, bo zakochał się w pięknej i wykształconej pannie z Zamościa – Janinie Kawałko. Dla niej w 1927 roku ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Z czasów seminarium pozostała mu przyjaźń ze Stefanem Wyszyńskim, późniejszym prymasem Polski.
Zaraz po ukończeniu studiów ukończył Szkołę Podchorążych. Z pracą nie było łatwo, dlatego nie powrócił w rodzinne strony. Rozpoczął pracę pedagogiczną, ale aż do 1938 roku musiał ją realizować w innych województwach. Najpierw skierowano go na roczną praktykę do Siedlec, w Państwowym Gimnazjum im. Bolesława Prusa. Późnej pracował dwa lata w Dubnie, a następnie przez rok od 1930 roku w Łucku. Po czym przeniesiono go do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie podjął pracę w Gimnazjum im. Mikołaja Kopernika. Tam przez szereg lat był redaktorem uczniowskiego miesięcznika „Wideta”. We Włodzimierzu Wołyńskim pracował do końca czerwca 1938 roku. Nieliczne zachowane egzemplarze Widety znajdują w zbiorach Biblioteki Narodowej i Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.
W międzyczasie założył rodzinę. Jako 27-latek poślubił Janinę Kawałko. Była od niego 7 lat młodsza. Na uwagę zasługują patriotyczne korzenie małżonki, która była prawnuczką pułkownika Słupeckiego, powstańca listopadowego i córką Antoniego Kawałko, powstańca styczniowego. Była też jedną z pierwszych zamojskich harcerek. Janina jako „pani profesorowa” wyjechała z mężem do Dubna. Małżeństwo doczekało się syna Leszka (w metryce miał wpisane jako pierwsze Tadeusz) i młodszej córki Haliny, nazywanej przez wszystkich Maliną.
Michał Bojarczuk do Zamościa trafił dzięki zamianie z koleżanką, której mąż był oficerem we Włodzimierzu Wołyńskim. I tak na zasadzie zamiany miejsc pracy uzyskał posadę w zamojskim Gimnazjum Żeńskim im. Marii Konopnickiej. Wszedł w skład 19-osobowej kadry tej placówki, uczył języka polskiego. W opinii uczennic należał do nauczycieli bardzo wymagających, ale lekcje polskiego potrafił poprowadzić nadzwyczaj interesująco.
Po przyjeździe do Zamościa Bojarczuka pochłonęło życie kulturalno-społeczne. Został redaktorem odpowiedzialnym „Strzeleckiej Gromady”, miesięcznika wydawanego przez Zarząd Powiatowy Związku Strzeleckiego w Zamościu. Pismo zaczęło wychodzić z dniem 15 maja 1939 r., było apolityczne, prorządowe, a jego treści miały koncentrować się na wychowaniu obywatelskim i wojskowym. I jak po wielu latach wspominał „I mało co przez to nie skończyłoby się źle”. Otóż podczas okupacji Niemcy zaczęli szukać autora artykułów zamieszczonych w miesięczniku, a które on sam napisał pt. „Miłość ojczyzny” i „Rzeź Polaków w Gdańsku” – dotyczących czasów średniowiecznych. W 1980 r. profesor przypuszczał, że nie zachował się żaden egzemplarz „Strzeleckiej Gromady”. Dla ciekawych treści miesięcznika należy dodać, że trzy numery od 2 do 4 znajdują się w zbiorach Biblioteki Narodowej.
Wraz z młodzieżą szkolną i nauczycielami redagował również czasopismo uczniowskie „Nasze jest jutro”. Działalność pedagogiczną i społeczną przerwał wybuch wojny. Został zmobilizowany jako oficer Wojska Polskiego i stanął do kampanii wrześniowej. Nie długo przyszło mu nosić wojskowy mundur. 25 września 1939 roku w Iłowcu koło Skierbieszowa zmienił mundur na cywilne ubranie i wrócił do Zamościa. Gmach dawnej Akademii, w której funkcjonowały gimnazja męskie i żeńskie podczas działań wojennych i później mieścił szpital wojskowy. Nauczyciele zdawali sobie sprawę, że Niemcy nie oddadzą budynku i należy ratować majątek szkoły. W pierwszym rzędzie do biblioteki miejskiej mieszczącej się w Ratuszu wynieśli archiwum dwu szkół, a następnie bibliotekę. Wśród zaangażowanych w te działania profesorów był Michał Bojarczuk. On też przechował przez cały okres wojny sztandar Gimnazjum Żeńskiego, przekazany mu przez dyrektorkę Marię Kuczyńską. Szczelnie zapakowany i schowany na strychu, później zakopany w piwnicy domu mieszkalnego, doczekał wyzwolenia w bardzo dobrym stanie.
Bojarczuk był jednym z pierwszych, którzy w listopadzie 1939 roku tworzyli sieć konspiracji. Wstąpił do Związku Walki Zbrojnej i przyjął pseudonim „Wielobór”. Działając w organizacji, został zastępcą komendanta miejskiego Zygmunta Pomarańskiego i dowódcą plutonu. Po aresztowaniu 9 września 1943 r. Jana Lewickiego – kolejnego komendanta miasta, jako jego najbliższy współpracownik, zaczął się ukrywać w młynie przy ulicy Hrubieszowskiej. Pracował tam jako stróż nocny.
Okres okupacji to czas niszczenia polskiego szkolnictwa i oświaty. Pod koniec października wojskowy komendant miasta wezwał do siebie profesora Ottona Wernera i polecił zorganizować dla młodzieży szkołę. Na jej siedzibę wyznaczył gmach Szkoły Podstawowej im. Adama Mickiewicza. Młodzież zebrała się już 3 listopada. Nie wszyscy profesorowie jeszcze powrócili z wojennej zawieruchy, ale nie było z tym problemu, bo uczono na dwie zmiany. Dziewczęta uczyły się do obiadu, a chłopcy po obiedzie. Chłopców zapisało się około 190, dziewcząt nieco więcej. Stanowiło to połowę przedwojennego stanu. Młodzież przybywała coraz liczniej. Nie było mowy o jakiejś systematycznej pracy. Nie było żadnych pomocy naukowych. Bojarczuk pisał, że korzyści z takiej nauki nie mogły być duże, ale cieszono się i z tego, aby przetrwać i zrobić dla Ojczyzny to, co było możliwe w tych ciężkich czasach. Jednak i ten stan nie trwał długo. 29 listopada przyjechał do szkoły na motocyklu oficer i kazał szkołę zamknąć.
Wkrótce zostało zorganizowane tajne liceum pod dyrekcją Stanisławy Żochowskiej – Kunowej. Bojarczuk zaczął uczyć w konspiracji. Do tajnego nauczania zaangażował go wizytator Jan Odroń. On to instruował, jak to należy robić. Z Bojarczukiem pracę podjęli m.in.: Pieszko, Buczek, Żochowska i inni. Nauczycielom przydzielono rejony i uczyli. Bojarczuk uczył języka polskiego i łaciny. Młodzież garnęła się do nauki. Uczniowie zbierali się na tzw. tajnych kompletach po kilku lub kilkunastu. Odbywały się one w prywatnych domach, strzeżonych na zewnątrz przez rodziców lub rodzeństwo. Na egzaminy Bojarczuk wyjeżdżał także poza Zamość, do Iłowca, Krasnobrodu, Tomaszowa, Wożuczyna.
Był członkiem Komisji Egzaminacyjnej na dwa powiaty, zamojski i tomaszowski. Podróże, jakie musiał w związku z tym podejmować, nie należały do łatwych. Jedna z nich z 1943 r., wiodąca do Tomaszowa, szczególnie utkwiła mu w pamięci. Na czas podstawiono furmankę, zaprzężoną w małe i mizerne konie. Trasa liczyła nie mało, bo 36 kilometrów. A tu zaczął padać deszcz ze śniegiem. Po pięciu godzinach jazdy egzaminator przemoknięty i zmarznięty dojechał do Tomaszowa. Następnie nastąpiły trzy dni pisemnych i ustnych egzaminów. Bojarczuk był pełen uznania dla doktorowej Klimkiewiczowej, która sama kierowała 20-osobowym tajnym kompletem, sama uczyła i przygotowała młodzież do egzaminów. Wszyscy zdali egzamin dojrzałości, a po wojnie zapisali się na studia wyższe. Ogółem w ramach tzw. tajnych kompletów tzw. małą lub dużą maturę zdobyło około 280 osób. Profesorowie egzaminowali zawsze bezinteresownie, uczyli przeważnie bezpłatnie, szczególnie dzieci rodziców biednych.
Żona Janina, wspominając czas okupacji, mówiła, że w ciągu pięciu lat mąż niemal wcale nie sypiał we własnym domu. Praktycznie sama wychowywała dwójkę dzieci. Będąc poszukiwanym przez Gestapo, często nocował w piwnicy budynku domu, jaki zaczęli wznosić jeszcze przed wojną przy ulicy Browarnej (obecnie Kilińskiego). Chronił się również w Iłowcu, Płoskiem, czy w Kalinówce – u swej siostry Katarzyny Styczyńskiej. Nie uniknął jednak wpadki. Pracując, jako nocy stróż w młynie, prowadził lekcje. Ktoś go zadenuncjował, został aresztowany i osadzony w więzieniu przy ul. Okrzei. Cudem udało się go wydostać z rąk Niemców. Żona wykupiła go dzięki rodzinnym precjozom.
Wolność powitał w rodzinnych Białobrzegach. Podczas wojny stracił dużo zdrowia i dwóch spośród czterech braci: Józefa – żołnierza Armii Krajowej, który zginął w Oświęcimiu i Władysława – działacza Związku Zachodniego, zamordowanego w Poznańskiem. Zamość został wyzwolony 22 lipca 1944 roku. Następnego dnia profesorowie, którzy byli w Zamościu oraz uczennice i uczniowie przyszli do gmachu Akademii. Zastany widok ukazywał okropne zniszczenia: ściany pokaleczone siekierami i żelaznymi drągami, powybijane szyby, ani jednego sprzętu szkolnego. Pomimo tego ogłoszono natychmiastowe otwarcie Gimnazjów. Uczniowie i uczennice zabrali się do zamiatania i mycia. Po dwu dniach było względnie czysto. Naukę rozpoczęto w obydwu szkołach 26 lipca podniosłą uroczystością przejęcia od Michała Bojarczuka zachowanego sztandaru Gimnazjum Żeńskiego. Potem rozpoczęły się lekcje. Podczas pierwszego po wojnie posiedzenia Miejskiej Rady Narodowej w Zamościu Michał Bojarczuk został desygnowany na stanowisko dyrektora Liceum im. Jana Zamoyskiego. Podjął się organizacji na nowo szkolnictwa zamojskiego. Wywiadzie z 1985 roku powiedział „Ja Polak i patriota widziałem taką potrzebą. Pięć lat Polska leżała odłogiem, wyniszczana. Inteligencję wymordowano w dużym stopniu. Trzeba było to odbudować”. A nauka w pierwszych dniach wyglądała bardzo dziwnie. Uczniowie siedzieli na podłodze „po japońsku”, nie było ani jednego krzesła, za tablice służyły plecy szaf wojskowych, których dość dużo pozostało. Materiał przerabiano według starych podręczników i starego programu. Podręczników było mało, a pomocy naukowych w ogóle. Dlatego powrócono do prymitywnych metod, do wykładu i notowania. Były za to wystarczająca obsada profesorska, zapał, wiara. Rozpiętość wiekowa uczniów wynosiła od 16 do 25 lat. Niektórzy chłopcy przychodzili do klas jeszcze z bronią.
Bojarczuk został trzecim dyrektorem tej szkoły. Funkcję tę przyjął, pomimo że miał atrakcyjne oferty pracy w Warszawie i Gdańsku. Stanowisko to piastował od 1944 roku aż do emerytury w 1971 r. z czteroletnią przerwą. Przerwa ta dotyczyła lat 1953-57. Dyrektor Bojarczuk został usunięty ze szkoły jako niepoprawny politycznie. Nie chciał podporządkować się poleceniom aktywistów Związku Młodzieży Polskiej, którzy domagali się m.in. zwolnienia nauczycieli, za to, że stawiali im dwóje. Wrócił na stanowisko po odwilży październikowej. Sytuacja ta tylko ogólnie została nakreślona przez niego w książce „Akadamia Zamoscensis …”. Michał Bojarczuk określił 1953 rok szkolny jako okres ciężkich zmagań, nieprzyjemnych wydarzeń, rozgrywek personalnych. Obiektem szczególnej zawiści i zazdrości stał się sam dyrektor. Sytuacja w miarę upływu czasu stawała coraz gorsza. Insynuacje i plotki przeplatały się z donosami i interwencjami. W konkluzji dyrektor Bojarczuk złożył rezygnację z pracy. Od września do półrocza przynajmniej dziesięć razy zapadała decyzja i jej rewizja czy ma zostać, czy też odejść. Wreszcie 7 marca dyrektor przekazał swoje obowiązku nowemu dyrektorowi, Kazimierzowi Mazurkowi, który przyszedł z Puław. Bojarczuk otrzymał miesięczny urlop, a później przez 7 miesięcy pozostawał bez pracy, gdyż na terenie Zamościa nie chciano go zatrudnić. Na skutek przeprowadzonego dochodzenia przez Komisję Materialną otrzymał stanowisko Kierownika Powiatowego Ośrodka Doskonalenia Kadr Oświatowych w Zamościu, w którym pracował cztery lata. Zmiany przyniósł rok szkolny 1956/57. ZMP, który odgrywał nie zawsze właściwą rolę w życiu szkoły, został rozwiązany. Na początku roku szkolnego 1957/58. Michał Bojarczuk, za pracę kulturalno-oświatową na terenie miasta i powiatu został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Następnie 1 września władze szkolne powierzyły mu obowiązki dyrektora Liceum Męskiego im. Jana Zamoyskiego w Zamościu, na skutek odejścia dyrektora Mazurka na równoległe stanowisko do Państwowego Liceum im. Bartosza Głowackiego w Tomaszowie Lubelskim. Dyrektor Bojarczuk został całkowicie zrehabilitowany.
Bojarczuk już w pierwszych dniach wolności włączył się odbudowę życia kulturalnego miasta i regionu. Od początku był radnym Miejskiej Rady Narodowej. Przez dwie kadencje był radnym Wojewódzkiej Rady Narodowej. Zaraz po wojnie był zastępcą kierownika Komisji Weryfikacji powołanej przez Kuratorium, mającej za zadanie wydawanie odpowiednich zaświadczeń nauczycielom i uczniom tajnego nauczania. Jako ludowiec od 1923 roku należał do partii chłopskiej. Brał udział w reformie rolnej. Popierał jej hasła, bo urodził się na wsi i widział jak anachroniczna była gospodarka przed wojną.
W 1957 roku z jego inicjatywy powstał komitet budowy nowej szkoły w Sochach, jako pomnika upamiętniającego ofiary pacyfikację wsi. Uroczyste otwarcie obiektu odbyło się 28 listopada 1959 r. Na ścianie frontowej umieszczono wizerunek nadanego wiosce Krzyża Grunwaldu oraz tekst: „Wymordowanym przez hitlerowców w dniu 1 VI 1943 r. mieszkańcom Soch w dowód współczucia tę szkołę, Pomnik wznieśli Rodacy 1959 r.” Z jego inicjatywy został wykonany w Zamościu pomnik z tablicą ku czci pomordowanych przez hitlerowców uczniów i profesorów miejscowych szkół. Jako prelegent Towarzystwa Wiedzy Powszechnej upowszechniał wiedzę, organizując powszechne wykłady w gimnazjum i prelekcje w lokalnym środowisku.
Marzył o wyższej szkole w Zamościu. Mówił „Moje marzenie to – stacjonarna wyższa uczelnia w Zamościu. Była Akademia, niech znów będzie”. I to się ziściło. Od roku 1961 roku pełnił funkcję Dyrektora Administracji Filii UMCS w Zamościu. W roku 1967 był jednym z inicjatorów powołania Towarzystwa Przyjaciół Nauk. W latach 1971-1975 był jego prezesem od roku 1983 Prezesem Honorowy.

Michał Bojarczuk
W historii Zamojszczyzny zapisał się jako regionalista, społecznik, bibliofil. Jego księgozbiór liczył ponad 6 tysięcy woluminów. W 2010 roku Książnica Zamojska wzbogaciła się o fragment tego zbioru, który w zasobach biblioteki nosi nazwę Księgozbioru Michała Bojarczuka i liczy 465 woluminów.
Pozostawił po sobie dorobek naukowy i kronikarski. Pisał artykuły, kroniki i książki …, ale z książek ukazała się tylko jedna „Academia Zamoscensis. Materiały do dziejów gimnazjów i liceów im. Jana Zamojskiego oraz im. Marii Konopnickiej w Zamościu w latach 1916-1958”. W niej opisał dzieje gimnazjum od 1916 roku do czasów powojennych. Jak powiedział „… artykułów ukazało się kilka. Są one związane głównie z oświatą. Ta dziedzina życia społecznego stała się moją życiową pasja już dawno. Chciałem nią zarazić wszystkich dookoła. Od początku mieliśmy tyle do zdobienia. To, co robiliśmy, opisywałem w kronikach, które dziś są w Muzeum Okręgowym w Zamościu”. Opisał też pierwsze tygodnie okupacji. Jak powstały te zapiski? W 1963 roku „Wrocławski Tygodnik Katolików” wydawany przez Stowarzyszenie PAX ogłosił konkurs na wspomnienia związane z hitlerowską akcją wysiedleńczo-pacyfikacyjną na Zamojszczyźnie. Do redakcji WTK przysłano aż 85 relacji. Nadsyłali je partyzanci, chłopi, ale też przedstawiciele inteligencji, jednym z nich był Michał Bojarczuk. W 1968 roku część z tych wspomnień ukazała się w książce pt. „Zamojszczyzna w okresie okupacji hitlerowskiej”. W maszynopisach pozostają prace pt. „Zamość w czasach okupacji” i „Krwawiąca i walcząca Zamojszczyzna. 1941-1944”, której współautorem jest Janusz Klaudel. Część literackiej spuścizny profesora znajduje się także w Archiwum Państwowym w Zamościu.
Bojarczuk zapytany o wartości, jakim podporządkował swoje życie, odpowiedział „Bez pracowitości nie ma dobrobytu ani kultury. Prawdomówność. Dotrzymywanie słowa. Bezinteresowność. … Sądzę, że i mnie mogły przytrafić się pewnego rodzaju niekonsekwencje a może nawet pomyłki podczas wieloletniej pracy. Zaręczam jednak, że nie były one wynikiem świadomego działania”. Za swoje zasługi został wpisany do „Księgi Zasłużonych dla Zamościa” w 1981 r. pod numerem pierwszym. W 1985 roku został pierwszym laureatem Medalu im. Bernarda Moranda. Medal ten został ustanowiony przez Redakcję „Tygodnika Zamojskiego”. Stanowił on szczególny wyraz podziękowania zespołu redakcyjnego i czytelników tygodnika obywatelom najwybitniejszym, ludziom budującym dobre imię ziemi zamojskiej a tym samym dobre imię Polski, na trwale wzbogacającym jej dorobek w dziedzinie kultury duchowej i materialnej. Wręczenie medali odbyło się 23 czerwca, a kolejnymi osobami, które otrzymały je w tym samym dniu, byli: Wincenty Piątek i Jan Zamoyski.
Michał Bojarczuk zmarł w 19 stycznia 1986 roku. 19 stycznia 2016 roku, w trzydziestą rocznicę śmierci profesora w auli I LO odsłonięto tablicę upamiętniająca jego postać. Od 1988 roku jedna z ulic Zamościa, nosi jego imię.

Portret profesora Michała Bojarczuka zamieszczony przy artykule Adama Klaczyńskiego pt. „Dla młodzieży i swego miasta” w numerze 32 Tygodnika Zamojskiego z 1980 r., Źródło: zbiory Książnicy Zamojskiej w Zamościu.
Opracowanie:
Magda Misztal
Opracowano na podstawie zbiorów Książnicy Zamojskiej im. S. K. Zamoyskiego w Zamościu
Bibliografia:
- Bojarczuk M., Academia Zamoscensis. Materiały do dziejów gimnazjów i liceów im. Jana Zamojskiego oraz im. Marii Konopnickiej w Zamościu w latach 1916-1958, Lublin 1959.
- Bojarczuk M., Białobrzegi, „Kronika Powiatu Zamojskiego”, 1918, nr 9, s. 30-31.
- Bojarczuk M., Profesor Bojarczuk. Laureat medalu im. Barnarda Moranda, rozmowę przeprowadził Waldemar Kazimierczak, „Tygodnik Zamojski”, 1985, nr 26, s. 10.
- her, Profesor przyjaciel prymasa, „Tygodnik Zamojski”, 2016, nr 3, s. 13.
- Horbaczewski R., Profesor Bojarczuk, „Kronika Tygodnia”, 2014, nr 5, s. 15.
- Klaczyński A., Dla młodzieży i swego miasta, „Tygodnik Zamojski”, 1980, nr 32, s. 6-7.
- Miler S., Z przeżyć osobistych na tle „aktu brzeskiego” w Zamościu, „Teka Zamojska”, 1938, nr 2, s. 110-112.
- Nowak B., Zapiski dyrektora, „Kronika Tygodnia”, 2015, nr 35, s. 14.
- , Upamiętnili dyrektora Bojarczuka, „Gazeta Zamojska” 2016, nr 3, s. 15.
- Redakcja, Pierwsi laureaci, „Tygodnik Zamojski”, 1985, nr 25, s. 3.
- roh, Pamięci dyrektora Bojarczuka, „Kronika Tygodnia”, 2016, nr 3, s. 6.
- Sawa B., Dziewczęta w fartuszkach, czyli Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące im. Marii Konopnickiej w Zamościu 1916-1979, Zamość 2016.
- Sitkowski W., Sochy dawniej i dziś, Zwierzyniec 199, s. 9.
- Szyszka B., Michał Bojarczuk 1900-1986, „Zamojski Kwartalnik Kulturalny”, 1986, nr 1, s. 3.
- Urban R., Czasopisma odnalezione, „Archiwariusz Zamojski”, 2013, s. 143-146.