Tygodnik warszawski „Zjednoczenie” [R. VI., nr 15] z 10 kwietnia 1938 roku przynosi informację o powstaniu Kasy Stefczyka w kolonii Staw Noakowski pow. Zamojskiego. Niemal całą piątą stronę zajmuje artykuł autorstwa B. Dąbkowskiego.
Na początek autor kreśli niewielki obraz lokalnej społeczności „W tutejszej wsi w czasie przed i powojennym ludziska byli przyzwyczajeni do życia bardzo zamkniętego w sobie, obracającego się w sferze własnych interesów i zabiegów około małych, bo zaledwie od 2-6 morgów, w paru przypadkach do 10 morgów, dochodzących gospodarstw. Jeden czy dwóch z gospodarzy czytywali „Gazetę Świąteczną”. Młodzież męska spędzała wolne chwile zwłaszcza w czasie zimowym, na grze w karty lub w cukierki w sklepiku osiedlonego tu żydka. O życiu spółdzielczym nikt, a w najlepszym wypadku bardzo mało kto wiedział i myślał”. Coś się jednak zmieniło, to bowiem – jak pisze autor – „Na parę lat przed wojną, z inicjatywy kilku światlejszych obywateli, powstała „Spółdzielnia spożywców”, mająca na celu zaopatrywanie wsi w artykuły codziennego użytku. Spółdzielnia spożywców prosperowała bardzo dobrze do czasu wybuchu wojny światowej”. Próba reaktywacji nastąpiła po wojennej zawierusze. Czynniki ekonomiczne, w tym spadek wartości ówczesnego pieniądza, spowodowały kolejną przerwę, aż do roku 1928, kiedy to „energiczny i pełen inicjatywy p. Jan Wojciechowski, wspólnie z miejscowym nauczycielem” podjął się założenia spółdzielni kredytowej. Pomysł nie został zbyt entuzjastycznie przyjęty. „Zabiegi jego, gdy objawił zamiar szerszemu ogółowi, spotkały się z niedowierzaniem, obojętnością a w innych razach z drwinami i śmieszkami.” Właściwie niewiele się zmieniło, takie sytuacje zdarzają się po dziś dzień. Grunt to się nie poddawać. Tak też było i wówczas. Wojciechowski znalazł współtowarzysza Jana Kostkę, dołączyli do nich Jan Płatek, Michał Fabiański, Michał Puchacz, Marcin Popielec i Jan Szajner oraz kilkunastu innych, którzy wyrazili zgodę i chęć, by w Stawie Noakowskim założyć spółdzielnię kredytową pod nazwą Kasa Stefczyka. W marcu 1929 roku pojawił się we wsi lustrator Stanisław Poncet. Na zebraniu założycielskim pojawiło się ok. 30 osób. Przybyły wyjaśnił zebranym cele spółdzielni, mówił o pożytkach, ale kiedy doszło do złożenia podpisów pod statutem „wszyscy po cichutku się wymknęli, że została na sali garstka składająca się z 16 osób, które z całą ufnością i wiarą statut podpisały i pierwsi zadeklarowali udziały po 25 zł od członka. Całkowity udział od razu w gotówce na miejscu złożył stary spółdzielca [w roku wydania gazety już nieżyjący] Józef Misiura z Ujazdowa i Józef Wojciechowski z kol. Staw Noakowski” [również nieżyjący na dzień powstania artykułu]. Z 300 zł kwoty udziałów zakupiono księgi, druki i opłacono koszty rejestracji. „W skarbcu pozostało 50 złotych gotówki.” Początkowo spółdzielnia istniała tylko na papierze. Brakowało nowych członków, brakowało kapitału do obrotu. Taki stan – jak zauważył Dąbkowski – trwał do maja 1929 roku, kiedy to „masowy pożar strawił prawie dwie trzecie wsi”. O szukaniu nowych członków i środków nie było mowy. Mieszkańcy borykający się z codziennymi troskami, w tym skutkami pożaru, nie byli zainteresowani sprawami nowej organizacji. Mimo ot członkowie założyciele nie rezygnowali. Uroczystego poświęcenia spółdzielni dokonał ks. proboszcz Stanisław Jaworski. Ostatecznie udało się pozyskać 40 członków. Zarząd z pozostałych 50 zł udzielał pożyczek „nowo przyjętym członkom w ten sposób, że każdy pożyczał 30 zł, z tego pozostawiał udziału 25 zł, 2 zł wpisowego, odsetki od pożyczonej kwoty za trzy miesiące i na rękę otrzymuje jeszcze złoty z groszami gotówki i t. d. aż do wyczerpania 50 zł posiadanej gotówki.” To był początek zmian. C. K. Spółek Rolniczych w Warszawie udzieliła spółdzielni pomocy kredytowej w kwocie 3000 zł. Rok 1929 został zamknięty stratą 174 zł (były to koszty ksiąg). Mimo to w kolejnym roku spółdzielnia liczyła już 111 członków, posiadała 2756 zł udziałów, 232 zł funduszu własnego i 7550 zł wkładów. Rok zamknięto nadwyżką w kwocie 241 zł udzielając pożyczek na sumę 17 604 zł.
Do spółdzielni przekonali się najbardziej zatwardziali przeciwnicy. Nawet ci, którzy twierdzili, że „wpierw im włosy na dłoni wyrosną, nim oni staną się członkami spółdzielni” przyszli po pożyczkę.
W 1930 wieś strawił kolejny pożar. „Tym razem płonie ta część wsi, która ocalała w pierwszym pożarze 1929 roku.” Wspólne nieszczęście – któryż to już raz – łączy lokalną społeczność. „Przez tutejszą Kasę Stefczyka zaczyna się wśród ludności budzić ruch spółdzielczości i organizacyjny, zaczyna wieś dążyć ku lepszemu. Zakłada się piękne duże sady, na założenie których członkowie znajdują w Kasie łatwy i tani kredyt. Powstaje Kółko Rolnicze, następnie Spółdzielnia Spożywców, Kasa Stefczyka nabywszy piękna i silnej konstrukcji kasę ogniotrwałą nabywa w roku duży dom, kryty blachą wraz z placem na własność. Zdobywając własną siedzibę daje pomieszczenie Spółdzielni spożywców, udziela bez zastrzeżeń swej Sali na posiedzenia i zebrania wszystkim istniejącym organizacjom społecznym we wsi, jak: Kółku Rolniczemu, Ochotniczej straży, Organizacji Młodzieży męskiej i żeńskiej, oddziałowi Samarytanek, jednym słowem ogniskuje życie społeczne i kulturalne we wsi.” Zaufanie mieszkańców i sumienność spółdzielni spowodowały, że „przy zamknięciu rachunków” – na koniec 1937 roku – „wkłady wyrażały się kwotą” 24 420 zł przy 26 zł na koniec 1929 roku.
Czy osiągnięto by ten stan, gdyby nie pożary? Nie można wykluczyć przecież celowych podpaleń. Zwłaszcza tego z 1930 roku. Uwzględniając „ruch w interesie” po spaleniu wsi w 1929 roku. To oczywiście dywagacje. Zapewne niepotrzebne. Nie mniej postęp od zawsze wymagał ofiar. Nieraz krwawych. Tymczasem, jak konstatował Dąbkowski „Jedynie przez spółdzielczość wieś osiągnie w pełni rozwój życia gospodarczego i kulturalnego, a zatem: Niech żyje spółdzielczość”. Niech więc żyje ku ogólnemu dobru. Byleby nie kosztem innych.
Opracowanie
Piotr Piela
