Deszcz lał jak z cebra, a wichura naginała drzewa niemal do ziemi. Z kabiny ciężarówki, oblepionej błotem, wychylił się kierowca i zapytał redaktora „Kuriera Lubelskiego” Leszka Mazurka: „O co chodzi? Gadaj pan szybko, bo zimno, a ja kończę właśnie nocną zmianę. Chcę wreszcie coś zjeść, wymyć się i wyspać”. Tak zaczęła się rozmowa ze Zdzisławem Pilarzem, kierowcą „18-tonowego kolosa żywieckiego PKS”. Był jednym z kilkudziesięciu kierowców skierowanych na Zamojszczyznę do przewozu buraków cukrowych. Październikowa kampania w Cukrowni Klemensów oznaczała ciężką pracę, a niepogoda tylko ją utrudniała. Deszcz oblepiał buraki, buty i koła samochodów grzęznących w tłustej, rozmokłej ziemi. O trudnych warunkach opowiadał również Zdzisław Małysiak, kierowca Jelcza, który właśnie rozpoczynał dzienną zmianę. Jak mówił, choć nie trzeba było jeździć po górach, praca dawała się we znaki. Najbardziej dokuczała pogoda, a presja czasu nie pozwalała zwolnić tempa. Cukrowni brakowało surowca, a przecież produkcji nie można było zatrzymać.
Nocna zmiana, krótki odpoczynek
Kierowcy mieszkali w prywatnych kwaterach w Zwierzyńcu. Warunki mieli dobre: czyste, ciepłe i wyposażone pokoje, łazienki oraz gorącą wodę. Komfort zakwaterowania miał znaczenie, bo ich pobyt na Zamojszczyźnie planowano aż do trzeciej dekady stycznia, czyli do końca kampanii cukrowniczej. Więcej zastrzeżeń budziło wyżywienie w stołówce cukrowni. Kierowcy uważali posiłki za mało urozmaicone i zbyt drogie. Płacili za nie więcej niż pracownicy zakładu, choć jak podkreślali również wykonywali ciężką pracę przy burakach. Nie rozumieli, dlaczego potraktowano ich na innych zasadach.
Problemem były także dojazdy ze Zwierzyńca do Klemensowa. Odległość niewielka, ale przy pracy zmianowej każdy dodatkowy kurs oznaczał stratę czasu przeznaczonego na sen i odpoczynek. Po nocnej zmianie kierowcy jedli śniadanie i wracali do Zwierzyńca, by się przespać. W południe musieli jednak znów jechać do Klemensowa na obiad, a potem ponownie wracać na kwaterę. Wieczorem czekał ich kolejny przyjazd do cukrowni i następna zmiana za kierownicą. O prawdziwym wypoczynku trudno było w tej sytuacji mówić.
Nie tylko Pilarz i Małysiak zwracali uwagę na te niedogodności. Inni kierowcy, z którymi rozmawiał Mazurek, również chwalili zwierzynieckie kwatery, ale na temat stołówki mieli znacznie gorsze zdanie. Narzekali na niesmaczne, źle przygotowane i monotonne jedzenie. Rano serwowano im głównie jajka, choć jak twierdzili przydziały mięsa i wędlin były wystarczające. Krytykowali też kiełbasę zwyczajną produkowaną w Szczebrzeszynie, którą porównywali niekorzystnie z wyrobami znanymi z Podkarpacia i Beskidów. Kolejnym utrudnieniem były długie kolejki w zakładowym kiosku. Zakup podstawowych produktów, takich jak chleb, ser, śmietana czy konserwy, wymagał niekiedy nawet godzinnego oczekiwania. Kierowcy, mieszkający z dala od rodzin, nie mieli nikogo, kto mógłby zrobić im zakupy. Tymczasem samochody czekały na załadunek, a praca nie mogła stanąć. Skarżyli się również na brak zup regeneracyjnych, które jak uważali powinny im przysługiwać. Zdarzało się, że na kolację dostawali całkowicie nierozmrożony salceson. Ich zdaniem problemem nie było zaopatrzenie, lecz zła organizacja stołówki. Prosząc Leszka Mazurka o anonimowość, obawiali się nieprzyjemności ze strony personelu. Nie chcieliby za swoje uwagi musieli później odpowiadać przed kucharkami.
Buraki na wagę złota
Trudności kierowców były tylko częścią problemów, z którymi w październiku 1978 r. zmagała się Cukrownia Klemensów. Nieustające deszcze paraliżowały kampanię, a zapas buraków przed zakładem wystarczał zaledwie na osiem godzin produkcji. Plantatorzy nie nadążali z dostawami do punktów skupu. W rozmokłej glebie trudno było prowadzić wykopki, a każda kolejna ulewa pogarszała sytuację. Ciężarówki wysyłano więc tam, gdzie akurat można było znaleźć buraki. Surowiec sprowadzano nawet ze składów należących do innych cukrowni oraz z placu Cukrowni Krasnystaw, która nie rozpoczęła jeszcze kampanii. Składy buraczane były w większości utwardzone, ale ich liczba i przygotowanie nie odpowiadały ówczesnym potrzebom. Mazurek przywoływał przykład Mokregolipia, gdzie obok bruku pojawiło się oświetlenie elektryczne, dwie nowe, dwudziestotonowe wagi oraz budynek wagowy. Z dwudziestu składowisk obsługujących cukrownię czynnych było dziewiętnaście. Średnia odległość od Klemensowa wynosiła 26 kilometrów, ale po buraki do najdalszego punktu w Tarnogrodzie trzeba było pokonać aż 56 kilometrów.
Z Małopolski na Zamojszczyznę
Transport buraków do Klemensowa zapewniały oddziały PKS z krakowskiego okręgu. Do pracy skierowano kierowców z dwunastu jednostek, m.in. z Nowego Targu, Nowego Sącza, Żywca, Cieszyna, Suchej Beskidzkiej, Oświęcimia, Bielska-Białej i Wadowic. Przyjezdni kierowcy mieli własnego kierownika, mechaników i warsztaty udostępnione przez cukrownię. Była to więc dobrze zorganizowana, choć działająca w trudnych warunkach, grupa transportowa. Dyrektor Cukrowni Klemensów Edward Krukowski, którego Mazurek opisywał jako młodego i energicznego, nie ukrywał problemów związanych z przebiegiem kampanii. Zaskoczyły go natomiast skargi na stołówkę. Utrzymywał, że przydziały mięsa i wędlin są wystarczające, a niezadowolenie kierowców może wynikać z nieporozumienia. Podczas rozmowy z dziennikarzem pokazał stołówkę, przedstawił kucharki i zaprezentował nowo uruchomiony kiosk. Jego zaopatrzenie pozostawiało jednak sporo do życzenia, a kolejki nie zniknęły. Dyrektor zapewniał, że od 15 października kierowcy otrzymają posiłki regeneracyjne. Rozważano również możliwość wydawania obiadów bezpośrednio w Zwierzyńcu, w tamtejszej fabryce mebli. Według Krukowskiego sprawa była już niemal uzgodniona. Nie zapomniano także o wyróżnieniach. Zgodnie z przyjętym zwyczajem najlepsi kierowcy mieli otrzymać na zakończenie kampanii upominki, nagrody i dyplomy.
Jan Gromala, kierownik kierowców, których powszechnie nazywano góralami, pozytywnie oceniał współpracę z dyrekcją cukrowni. Zapewniał też, że kwestia różnicy w cenie obiadów zostanie rozwiązana przez krakowski okręg PKS, który powinien pokryć ją ze środków socjalnych.
Nie tylko pogoda
Leszek Mazurek kończył swój reportaż uwagą, że Cukrownia Klemensów od lat borykała się z problemami kadrowymi wśród kierowców, ale ostatnio sytuacja wyraźnie się poprawiła. Nie oznaczało to jednak, że zniknęły wszystkie trudności. Nawet sprawa posiłków, z pozoru drugorzędna wobec problemów z dostawami buraków, potrafiła skutecznie uprzykrzyć życie ludziom spędzającym długie godziny za kierownicą.
Dziś po Cukrowni Klemensów pozostały wspomnienia, archiwalne artykuły i zapewne fotografie przechowywane w domowych szufladach. Wśród nich mogą być także zdjęcia kierowców z południa Polski, którzy jesienią 1978 r. przemierzali drogi Zamojszczyzny, by buraki na czas dotarły do cukrowni…
Oprac. na podst. „Górale wożą w Klemensowie” L. Mazurek w: „Kurier Lubelski” (nr 228, 10.10.1978r.)
Agnieszka Piela



