Od nowa
Tuż po przejściu frontu w zamojskim kinie zebrali się ocalali członkowie Namysłowiaków. Powołano zespół pod nazwą „Włościańska Orkiestra imienia Karola Namysłowskiego”. Pałeczkę dyrygencką przejęli Wacław Splewiński i Stanisław Bryk (brat Aleksandra Bryka biografisty Karola Namysłowskiego). Zespół wystąpił przed żołnierzami i cywilami, bilety w formie naturalnej „od jajek, po kozy, a wszystko to pójdzie na pomoc dla ofiar obozów i rodzin poległych żołnierzy.” Zespół koncertował w okrojonym składzie, występując podczas różnych uroczystości. Gdy w 1945 r. do Zamościa wrócił Stanisław Namysłowski (syn Karola Namysłowskiego) rekonstrukcja zespołu i praca nad nutami trwała niemal kolejny rok. Jesienią 1946 roku orkiestra wyruszyła w Polskę, a kraj na nowo odkrywał orkiestrę. Mimo, że koncertowali regularnie, zaglądali także na koncerty do szkół nie wiodło im się. „Subwencje były sporadyczne, sama Orkiestra przypominała przeróżnym urzędnikom inicjatywę prywatną. I tylko pod koniec pierwszego dziesięciolecia nadszedł jasny dzień w życiu zespołu: 2 grudnia 1955 r. w Sali Filharmonii w Lublinie, pod protektoratem wiceministra Piotrowskiego odbył się koncert jubileuszowy. Bowiem mijało 50 lat pracy artystycznej Stanisława Namysłowskiego, który pół wieku wcześniej jako 9-letni solista, zagrał pod okiem ojca. Jubilat dostał Krzyż Oficerski, koncert porwał salę, dzień zakończył się odśpiewaniem przez publiczność gromkiego „sto lat’.” Dwa lata później orkiestra od Rady Państwa otrzymała wyższą subwencję, WRN w Lublinie zakupiło stroje. Zespół zrewanżował się w kolejnych latach dwiema seriami koncertów. „Trzyletni okres prosperity zakończyła wielka gala w Klubie Garnizonowym w Zamościu, podczas której pod protektoratem Czesław Wycecha, marszałka Sejmu oraz Karola Kuryluka, ministra kultury i sztuki, uroczyście świętowano setna rocznicę urodzin Karola Namysłowskiego i 75 rocznicę powstania orkiestry.” Jak zaznacza Janusz Foss gala powinna była odbyć się w 1956 roku „ale kto w chwilach podniosłych liczy lata jubilatowi, faktem jest jednak, że zespół liczył właśnie 77”. Stanisław Namysłowski otrzymał wówczas Komandorię Orderu Odrodzenia Polski, sześciu długoletnich muzyków – Krzyże Kawalerskie, dziesięciu Złote Krzyże. „Po dekoracji orkiestra zagrała Chopina i Moniuszkę, Wieniawskiego i Sarasatiego, ale głównie grała mazury Karola Namysłowskiego.”
Gdyby nie ta duma
W kolejnych latach działalności orkiestra miała uznanie, skromną, ale stałą subwencję. Zorganizowała się w stowarzyszenie regionalne obejmujące muzyków. Gdy żył Stanisław Namysłowski (do 1963 roku) orkiestra grała, pielęgnowała swoją przeszłość, muzycy wiedli życie spokojne. „Nad orkiestrą czuwał autorytet Namysłowskiego. W zespole panował ów szczególny, familiarno-patriotyczny nastrój rzetelności, może nawet wiary”. Wacław Mazurek, wychowanek obu Namysłowskich i najstarszy muzykant mówił, że Namysłowski nauczył ich „kochać i cenić pracę, być dumnym, że się jest Polakiem, że gra się w Orkiestrze Włościańskiej. Gdyby nie ta duma, to czasem i nie byłoby po co żyć…”. Po Stanisławie Namysłowskim pałeczkę dyrygenta przejął Czesław Kęstowicz, potem na dwa lata Zbigniew Pawelec i na kilka lat Józef Przytuła. „Sukcesy artystyczne, do których przywykło kolejne pokolenie publiczności, zdobywano na przekór okolicznościom, ale te okoliczności – trudności lokalowe, finansowe, organizacyjne – powoli przygniatały zespół.” Koncertowano w kraju, w NRD razem z zespołem zamojskiego POM-u, ale „z chwilą wymuszonego odejścia ostatniego zawodowego dyrygenta, Józefa Przytuły, zespół stanął w punkcie zwrotnym”. Nie chcieli się poddać. Wybrano nowego dyrygenta Ryszarda Zańkę z Ruskich Piask „tego samego, który jako ostatni młody przyszedł jako samouk w wieku piętnastu lat i dopiero potem się uczył”. Liczono, że orkiestra da sobie radę – nowe województwo, nowi ludzie, zupełnie nowe czasy… Orkiestra miała wrócić na tournée do Stanów, wystąpić na festiwalu w Zurychu… Ani jedno, ani drugie nie doszło do skutku – ponoć z uwagi na „rozpad orkiestry” i odwołany festiwal, który całkiem „sprawnie przeprowadzono”.
Nie traktujcie nas nisko!
Orkiestra składała się z kilku weteranów i absolwentów średnich szkół muzycznych, „którzy na wieś powrócili” – członkowie wiedzieli i znali jej przeszłość i dorobek „ponad dwa tysiące koncertów w trzydziestoleciu, tradycja, pasja, ambicja nowych ludzi”. Takich jak Zbigniew Hauke z Łodzi, znawca folkloru i reżyser, który rwał się do pomocy i pomagał, „swoi – mówiono – nie dają”. 83-letni wówczas skrzypek Wacław Mazurek zwrócił się na walnym, zwyczajnym zgromadzeniu Stowarzyszenia Orkiestry Włościańskiej z przejmującym apelem, by nie traktować członków orkiestry tak nisko, „zasłużyliśmy na inne uznanie!” – grzmiał. Poparł go „kontrabasista od prawie półwiecza” Henryk Pawelec „Wszędzie odnosiliśmy sukcesy, przynosząc chlubę swojemu miastu. Podczas koncertu w łazienkach ktoś wzniósł okrzyk: Niech żyje Zamość, wszyscy wstali z miejsc, odkrzyknęli i zaśpiewali sto lat. Czy nie jest to satysfakcja dla miasta?” – pytał Pawelec. Orkiestra borykała się z niską subwencją, brakiem siedziby, był tylko „kąt w WDK”, brakiem współdziałania z władzami kulturalnymi nowego województwa oraz „ogólną niemożnością załatwienia elementarnych spraw, wśród których zatrudnienie zawodowego dyrygenta stało się przysłowiowym absurdem.” To był luty 1977 roku (96 rok istnienia orkiestry). Na walnym obecni byli: kierownik Wydziału Pracy Ideowo-Wychowawczej KW Piotr Kopciowski, dyrektor Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego Jan Wojnowicz. Tuż przed dyskusją członkowie zespołu otrzymali dyplom honorowy za upowszechnianie kultury z rąk przedstawicielki ministerstwa Anny Stawowskiej. „Na ciemnej ulicy zapaliła się wreszcie latarnia – powiedział do protokołu kierownik administracyjny, Roman Boszczak.”
Nadzwyczajna końcówka maja
Majowe obrady zgromadzenia otworzył ówczesny prezes Stefan Kowalik. Przewodniczył im Bernard Borowski. Atmosfera ponoć była gorąca. „Oczekiwano wystąpienia Jana Wojnowicza (…), jeszcze niedawno kierownika Powiatowego Domu Kultury, u którego kąt zajmowała orkiestra.” Swoją obecność i chęć przemówienia dyrektor Wojnowicz usprawiedliwiał uprawnieniami władzy terenowej i troską o dalszy rozwój orkiestry. „Przypomniał także, że statut Stowarzyszenia zatwierdzała jeszcze Wojewódzka Rada Narodowa w Lublinie, co ma wpływ na zasady finansowania orkiestry, a więc i kryzys spowodowany odejściem dyrygenta, prezesa, zmiana kierownika administracyjnego i podjęciem przez kilku muzyków lepiej płatnych prac. Władze, mówił, dostrzegają problemy orkiestry, ale zarząd woli je omawiać z wyższymi władzami i prasą, a więc w stolicy. Nowe władze już przyszły z pomocą, dając milion dodatkowo na stroje i zmianę pamiętających czasy założyciela instrumentów, lecz zarząd chce przedsiębiorstwa pod nazwą Stowarzyszenie i pragnie objąć orkiestrę układem zbiorowym.” Władza natomiast w wyniku konsultacji widziała potrzebę oddzielenia Stowarzyszenia od orkiestry, która powinna mieć etaty w Wojewódzkim Domu Kultury. Na te propozycje zarząd Stowarzyszenia nie zareagował. Władze mówiły także o potrzebie przyjmowania nowych członków do Stowarzyszenia, „ludzi, którzy mogą pomóc dzięki swojej pozycji w środowisku i podnieść rangę Stowarzyszenia.” Zmiany w statucie, według władzy, były bardzo potrzebne.
Na tym majowym zebraniu odczytano nazwiska kandydatów do Stowarzyszenia: „wicewojewody Ozimka, Jana Wojnowicza, jego zastępcy Kazimierza Buczka, wicedyrektora WDK Stanisława Rudego, pracownicy Wydziału Wyznań Ireny Tur, pracownika KW Jana Tura oraz dwóch pracowników WDK Marii Górskiej i Anny Prystupy.” Mimo nieobecności jednego z kandydatów, przegłosowano listę i się zaczęło…
Nie do WDK
Dyskusję rozpoczął Henryk Pawelec. Przypomniał odejście tzw. po angielsku dyrygenta Przytuły. „Najpierw po prostu odszedł, dopiero potem przysłał zwolnienie i tłumaczył, że ma lepsze pieniądze w szkole muzycznej.” A on, kontrabasista i 9 innych muzyków (niemal przed półwieczem) „przyjeżdżali z Biłgoraja bydlęcym samochodem i nikt nie krzywdował. W nocy, bywało, szedł 18 kilometrów. Tak rozumieli podtrzymywanie tradycji założyciela.” Pawelec wspominał, że warunki ówczesne nie są wcale lepsze, bo przyjeżdżają po koncercie a pracownik WDK nie pozwala im złożyć instrumentów do magazynku i „jeszcze grozi, że jak się do rana nie odbierze to porąbie.”
Potem wypowiedział się Henryk Gruszka. Ten nie rozumiał dlaczego orkiestra ma pójść pod skrzydła WDK. „WDK wziął Teatr Ziemi Zamojskiej i teatr nie istnieje. Wziął Chór Ziemi Zamojskiej i chór też nie istnieje. Poprawić miał warunki Młodzieżowemu Teatrowi Aktualności i Ognisku Muzycznemu, teatr młodzieżowy musiał się przenieść, a ognisko dostało wymówienie w środku roku szkolnego.”
Głos zabrał także dyrygent Zbigniew Pawelec, który nie widział perspektyw „pożenienia orkiestry z WDK-iem, orkiestry nie może reprezentować na zewnątrz dyrektor WDK. WDK nie ma pieniędzy, nie ma warunków, może tylko orkiestrze utrudnić normalny rozwój artystyczny. Orkiestrze obiecano kamieniczkę w rynku…” Obiecanki-cacanki.
Wątek odejścia dyrygenta Przytuły wyjaśnił dokładnie wiceprezes stowarzyszenia Władysław Monastyrski. Historia okazała się banalna… Monastyrski mówił także o „wielu istotnych szczegółach braku harmonii miedzy orkiestrą a WDK.”
„Powoli przyszło do głównych punktów zapalnych. Okazało się, że skład merytoryczny zespołu na wyjazd do USA został zakwestionowany przez Wydział Kultury, nikogo innego. Że sprawa Przytuły ma wiele niuansów, ale nie są to niuanse korzystne dla Przytuły i na każdy można znaleźć potwierdzenia w dokumentach. I tak dalej.”
Potem było o sprawach materialnych. Wicewojewoda Ozimek w „zgrabnym przemówieniu” stwierdził, że upaństwowienie nie jest możliwe, jedynym wyjściem jest propozycja dyrektora Wojnowicza. Orkiestra nie zdecydowała się na przejście pod skrzydła WDK, chce być jednostką samodzielną, dyrektor i orkiestra powinni podlegać bezpośrednio dyrektorowi Wydziału Kultury i Sztuki. Ponadto orkiestrę powinien objąć Układ Zbiorowy Pracowników Instytucji Artystycznych.
I takim sposobem wrócono do punktu wyjścia…
Opracowanie na podstawie zasobów Książnicy Zamojskiej
Agnieszka Piela
