„Nie został już żaden ślad, jeśli nie liczyć Izby Pamięci w Gminnym Ośrodku Kultury, świeżo remontowanym. [Izba Pamięci Karola Namysłowskiego znajduje się w Szkole Podstawowej jego imienia w Wierzbie, na ścianie GOK-u od głównej drogi S17 mieści się mural przedstawiający Karola Namysłowskiego z nutami mazurka „Kuba Jurek” – przyp. AP.] Na trzynastym kilometrze od Zamościa stoi nowy dom z pustaków, pod górkę ciągnie się sadzik. Tylko w ludzkiej pamięci wyrasta tu jeszcze poczthalteria, drewniany dom z małymi oknami, którą zawiadywał właściciel niedalekiego majątku i dzierżawca, Karol Namysłowski. Rodzina porządnie tu już wrosła, chociaż równocześnie zubożała, a przecież korzenie jej sięgały aż w XII wiek, do Wielkopolski.”
Na temat „Namysłowiaków” trafiłam w wycinkach gazet z końca lat 70. XX w.: Nasza Trybuna (nr 197 z 31.08.1977) – „Stuletnia orkiestra” Andrzeja Markiewicza, Razem (nr 1 z 1.01.1978) – „Ostatnia włościańska” Juliusza Fossa i Słowo Powszechne (nr 292 z 28.12.1979) – „Nuta rodzona” Ryszarda Janusza Baja. Teksty opisujące m.in. dzieje i ówczesne problemy Orkiestry Włościańskiej. Dzieje wspaniałe, sięgające roku 1878, a problemy (płace, etaty, siedziba, finansowanie etc.) chyba tak na dobrą sprawę nierozwiązane do dziś…
Muzyczna konspiracja
Karol Namysłowski był pierworodnym synem poczthaltera również Karola Namysłowskiego. Jego mamą była Anna Markizówna (primo voto Chrzanowska, matka dorosłej córki i syna podrostka). Karol „z powodów niezrozumiałych już od dzieciństwa wykazuje niezwykłe uzdolnienia i zamiłowania do gminnych melodii, a trzymany krótko, jak Janko Muzykant wymyka się pod okna karczmy niejakiego Szlomy Bergiera i tam wchłania muzykę zwykłej, wiejskiej kapeli.” Jako dziewięcioletni chłopiec pojechał na stancję do Zamościa, na Ormiańską 22, do Elżbiety Baryłowskiej. Rozpoczął tam naukę w rosyjskim progimnazjum. Po dwóch latach przeniósł się do lubelskiego kooedukacyjnego gimnazjum na dzisiejszą ulicę Narutowicza (dawną Namiestnikowską). Po siedmiu latach trafił do klasy instrumentów profesora Lubińskiego w Instytucie Muzycznym w Warszawie. Karol Namysłowski skończył Instytut z wyróżnieniem. Wrócił do Chomęcisk, co nie znalazło zrozumienia w świecie muzycznym. Młody Karol podążał swoją ścieżką – zapisywał nuty melodii chłopskich, uczył rówieśników czytania i pisania oraz gry na instrumentach. Wśród okolicznego ziemiaństwa zyskał miano dziwaka. Po roku wyjechał ponownie do Warszawy. Został profesorem w Instytucie dla Ociemniałych. Po roku powrócił do rodzinnej wsi i ożenił się z panną Zakrzewską. Wówczas kupił także pierwszy komplet instrumentów muzycznych dla swojej chłopskiej orkiestry. „Razem z miejscowym organistą, niejakim Tratkiewiczem, zaczyna w tajemnicy nawet przed własnym ojcem regularne próby. Szybko został zdemaskowany.” Do dziś jest powtarzana pewna anegdota, jak do tego doszło. Otóż, ojciec Karola po powrocie z licznych wyjazdów zastawał w domu obce ślady. Postanowił dowiedzieć się prawdy i któregoś dnia ogłosił wyjazd. Po jakimś czasie boczną drogą powrócił do domu. „Już z daleka widzi światło w największej izbie, słyszy muzykę. Wchodzi i … zastaje syna, który dyryguje grającymi chłopami. W izbie wszczyna się popłoch, grajkowie uciekają, syn stoi zawstydzony. Dostaje zakaz kontaktu z chłopami. Odtąd muzycy uczą się sami, nawet narodziny wnuka, Stanisława (23 IV 1979 r.) nie łagodzą napięcia.” Konspiracja trwała niemal 1,5 roku.
Będzie włościańska
Chłopska orkiestra zagrała publicznie na pasterce w 1880 r. w zapełnionym kościele w Starym Zamościu. Z miejsca zyskała tzw. „opinię i zaczyna być kaprysem także takich Suchodolskich ze Starego Zamościa, Lipczyńskich z Chomęcisk czy Zawadzkich z Udrycz, a dobrze widzi się ją nawet u hrabiny Lubińskiej z Rejowca, wyroczni tutejszych sfer. Ulega więc i ojciec.” Pod koniec 1881 r., dokładnie 4 listopada, orkiestra postanawia nazwać się Włościańską „z racji pochodzenia z obu Chomęcisk, kolonii Krasne, Wierzby, Sitańca i Starego Zamościa i z racji programowych, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli.” Od tego momentu 27 orkiestrantów dwa razy w tygodniu (we wtorki i piątki) odbywało regularne próby. Orkiestra poszerzyła swój repertuar, a młody Namysłowski traktował poważnie swoje posłannictwo i komponował na swojską nutę. „Jeszcze dzisiaj zachowało się w rejestrze 219 mazurków i oberków, marszów i polek, krakowiaków i polonezów a także walców. Na razie orkiestra gra okoliczne melodie oraz hejnał Staro-Zamojski kompozycji własnej Namysłowskiego, może jeszcze kilka utworów, które ukażą się drukiem dopiero za dwa lata i nie wiadomo, kiedy naprawdę powstały.”
W parciankach i samodziałach
W pierwsze tournée wyruszyli po żniwach 1882 r. „Spod poczthalterii rusza kilka drabiniastych wozów, na wozach siedzą grajkowie w samodziałach i parciankach, w butach z cholewami, z eleganckim światem muzycznym łączy ich jednak uniwersalna muzyka. Uniwersalna, ale także podejrzana. Jadą do Zamościa, chociaż nie mają zezwolenia na wynajęcie sali w remizie, będą grali więc w warsztacie stolarskim niejakiego Konstantego Ptaszyńskiego na dzisiejszej ulicy Zamoyskiego (wtedy Stolarska).” Według relacji sędziwej Stefanii Ptaszyńskiej (spisanej przez Aleksandra Bryka) zapełniła się cała sala na piętrze, ludzie stali pod oknami, na schodach, od ulicy i od podwórza. Koncert wzbudził aplauz!
Następnego dnia orkiestra wyjechała do Lublina. Koncentrowała w ogrodzie [parku – przyp. AP.] „Rusałka”, „gdzie entuzjazm był ponoć taki, że pewien staruszek, zaniemówiwszy ze wzruszenia, publicznie pocałował dyrygenta w rękę.” Po drodze do Lublina orkiestra występowała w Izbicy i Krasnymstawie, pojechała także do Radomia i Kielc.
Wyszło ich dwudziestu
Orkiestra trafiła na łamy prasy… „Tłumy zalegają salę koncertową. Dano hasło. Widać falowanie głów, gdyż każdy chce jak najlepiej widzieć estradę. Kogóż ma na niej zobaczyć? Czyż zawitał do nas drugi Paganini? Może „Diabeł Hiszpański”? Nie. Wyszło ich dwudziestu w świtkach białych włościańskich i grzmi nasza swojska, ochocza, a przy tym rzewna nuta. Serce rośnie. Wszystkich oczy zwracają się z wyrazem podzięki na dyrektora, który wespół z innymi wywija smyczkiem. Gdy się patrzy na to małe chłopię na prawo od estrady, co tak się przytuliło do swoich skrzypek i wycina od ucha, staje w myśli biedny Janko Muzykant” – to fragment pierwszego reportażu drukowanego w Lublinie w 1884 r. Dziś trudno ustalić kto stał z prawej, ale reporter oddał „przedsmak tego zjawiska, jakim stawała się pierwsza w świecie i jedyna w swoim rodzaju orkiestra włościańska.” Znana była w Lublinie i okolicach, miała renomę w Radomiu, oczekiwano jej na wystawie Rolniczo-Przemysłowej w Warszawie. W swoich Chomęciskach orkiestranci uchodzili za bohaterów, a dyrygent za cudotwórcę. Tylko ojciec Karola Namysłowskiego dalej nie akceptował pasji swojego pierworodnego. Miał za złe synowi, że „marnuje się, niszczy dorobek i nadzieje. Z synem nawet nie rozmawia.” Stary Namysłowski skapitulował wówczas, gdy orkiestra otrzymała zaproszenie na wystawę. Sprzedał kilka morgów i kupił orkiestrantom nowe stroje i instrumenty. „Zachował się opis tych strojów: niebieskie kamizele z błyszczącymi guzikami, brązowe sukmany, lity pas, długie buty i rogatywka z haftem kwiatów.” Orkiestra na wystawie robi furorę, ale nie wszystkim się podoba. Okazało się, że rosyjski żandarm uznał orkiestrę „za nieprawomyślną i wydaje jej zakaz występów. Ponadto studenci niepolitycznie przekręcili słowa granego do dzisiaj mazura „Świr, świr za kominem”, wstawiając w miejsce jej mazurskich bohaterów gubernatora Hurkę i kuratora Apuchtina, znanych z polakożerstwa.” Włościańskiej pozostał tylko kościół parafialny w Starym Zamościu. Trwało to siedem lat.
Car chce orkiestry
Zbliżało się dziesięciolecie działalności orkiestry. „Wydawało się, że nic się nie zmieni, orkiestra pozostanie lokalną kapelą, osobistym kaprysem Namysłowskiego.” Nagle na adres Namysłowskiego przyszło urzędowe wezwanie. „Car Aleksander III bawi w Spale, mówią mu o orkiestrze chłopskiej, car chce ją widzieć. Orkiestra jedzie, gra przed majestatem dwukrotnie.” Car wręczył Namysłowskiemu złoty pierścień z brylantem i dokument pozwalający na koncerty w całym imperium Romanowych (papier zaginął w 1940 r.). Miesiąc po występie przed carem orkiestra świętowała swój jubileusz. „Już o świcie orkiestra in corpore wykonała pod oknami swego nauczyciela dziarski marsz sprzed dziesięciu lat. Gdy wyszedł Namysłowski odegrano hejnał. Kostrubała z Wisłowca, ten sam, który stał się prawą ręką Namysłowskiego, przezywany Jędruchem, wręczył Namysłowskiemu kwiaty, pałeczkę dyrygencką z kości słoniowej i wspólną fotografię, zaczem wszyscy ruszyli do Starego Zamościa, gdzie grali na chórze, a potem koncertowali w Chomęciskach dla całej wsi i dla gości.” W tym samym roku zagrała także na zabawie w sali Consulatus w zamojskim ratuszu. Muzykanci zarobili 187 rubli i 45 kopiejek. Niestety ani nadchodzący nowy rok 1892, ani kolejnych osiem lat nie odmieniły losu orkiestry. Co prawda Włościańska rozrosła się do 50 osób, poszerzyła swój repertuar (włączyła światową muzykę poważną), ale do początku XX w. orkiestra koncertowała tylko w okolicy. „Car miał kaprys, urzędnicy go nie miewali” – wspominał jeden z orkiestrantów Wacław Mazurek.
Prawie polskie powstanie
Zaczęło się od teatru, a w zasadzie od prośby szkolnego kolegi Namysłowskiego niejakiego Kisielnickiego: „W Zamościu trupa polska rozbiła się, dyrektor zostawił aktorów na bruku. Przymierają głodem, z dziećmi, z rodzinami. Ratuj. Zagraj na ich korzyść. Bóg ci odpłaci.” – tak początek współpracy orkiestry z zamojskim aktorami opisano w „Biesiadzie Literackiej”. Współpraca ta stała się początkiem wieloletniego tournée orkiestry. Kilka miesięcy na przykład Włościańska grała w Warszawie na Dynasach. W Wilnie orkiestranci mruczeli, wówczas obowiązywał zakaz posługiwania się językiem polskim. „Jeden z mazurów nazywał się Mruczek, wydano go drukiem w maju 1901 r., koncert odbył się w 1902 r.” Muzykom „urznięto na pamiątkę pompony od sukman, a Karola Namysłowskiego niesiono na rękach z sali. Na pamiątkę pozostał dar od miasta, zegar z brązu i malachitu a na nim dedykacja: Wydobywajcie nutę rodzoną spod serc, spod piersi, spod szmat siermięgi.” Po koncercie Namysłowski został wezwany do generała-gubernatora Wieriowkina, który nazwał dyrygenta buntownikiem a wydarzenia koncertowe określił mianem „prawie polskiego powstania”. Dwa lata później jesienią orkiestra wyjechała w głąb imperium Romanowych. Półtora miesiąca muzycy spędzili w czterech wagonach kolejowych (Libawa, Charków, Orsza, Smoleńsk i Połtawa). Kolejnego roku wiosną koncertowali w Łodzi i Warszawie, jesienią znowu pojechali na wschód: Połock, Mińsk, Charków, Jekaterynburg.
Do orkiestry po latach nauki powrócili synowie Karola Namysłowskiego: Stanisław z dyplomem skrzypka wirtuoza z czeskiej Pragi i Edmund z dyplomem konserwatorium wiedeńskiego. Już razem, jesienią pojechali na wschód, wiosną z kolei do Odessy (chorego Karola zastępował jego syn Stanisław). W kolejnym roku czekała ich trasa Wilno-Odessa-Kijów, potem Łódź. „Wielka publiczność, wielki aplauz. A w Zamościu orkiestra ciągle gra tylko w warsztacie stolarskim Ptaszyńskiego, rzadko udaje się dostać remizę strażacką przy miejskich rogatkach.”
Czas na „zagranicę”
Pojechali przez kordon do Galicji. Na trasie odwiedzili 59 miast, w każdym co najmniej dwa koncerty (m.in. Kraków, Zakopane, Bochnia, Tarnów, Lwów, Przemyśl, Jarosław i dalej do Sambora). „Grajcie wszystko, z wyjątkiem waszej piosenki – „Jeszcze Polska nie zginęła” – mówiono im, tak dosłownie na przykład we lwowskiej policji, więc grali cały repertuar”. Orkiestra zebrała dobre recenzje w gazetach krakowskich, lwowskich i czerniowickich. Koncerty przeobrażały się w manifestacje patriotyczne (np. pod Kopcem Kościuszki z udziałem więźnia carskiego), jednocześnie były popisem muzycznym (szczególnie w Wiedniu i Pradze). Jeszcze przed wojną orkiestra zagrała w warszawskiej Dolinie Szwajcarskiej. „Jeszcze dzisiaj się mówi, że tę wojnę wyprorokowali. Otóż w Dolinie Szwajcarskiej był zwyczaj czwartkowych koncertów na jeden temat. Namysłowiacy, jak ich już wszędzie nazywano, mieli urządzać wieczór mistyczny. Lampiony były fioletowe, głównym elementem kolorystycznym czarna gaza, w programie utwory smutne i żałobne: Taniec szkieletów (Saint-Saensa), Śmierć Azy (Grieg!), adagio z sonaty b-moll Chopina itp. Podczas marsza Chopina na estradę wszedł policjant i w grobowej ciszy zawiadomił o mobilizacji…”.
Odkrycie Ameryki
Zanim ją Namysłowiacy odkryli, tragicznie doświadczyli wojny. Dom Namysłowskich w Chomęciskach został ograbiony. Ukradziono nuty, instrumenty, kolekcję obrazów. Orkiestranci prawie wszyscy (poza kilkoma skrzypkami) poszli do wojska. Chomęciska znajdowały się przez pewien czas między frontami. Karol Namysłowski ostatecznie stracił wzrok. W 1919 r. mimo tego wszystkiego orkiestranci wyjechali na północ, na Pomorze, pod Gdynię i Gdańsk. Byli też na południu pod Cieszynem. Ugruntowali swoją pozycję w polskiej muzyce, „cała Polska ich już zna, więc przyszedł czas spokojnych, umiarkowanych sukcesów”. Na legendarne tournée wyruszyli w lutym 1925 r. na pokładzie Aquitanii. Już ze statku słano depesze określające muzykujących włościan jako „jedną z największych w świecie sensacji muzycznych”. Koncertowali w Metropolitan Opera House. W ciągu 3 miesięcy pobytu w Ameryce dali 80 koncertów w 14 stanach. „Przyjmowano ich po królewsku, chlebem, solą, kluczami miast, specjalnymi dekoracjami. W Bostonie dostali sztandar, w Camden (New Jersey) srebrny puchar i mahoniową batutę, w Hamtramck (Michigan) specjalną tablicę pamiątkową, polonijne związki śpiewacze i muzyczne pospieszyły ze specjalnymi medalami i plakietami. Orkiestra budziła zachwyt muzyką i krakowskimi strojami, które sobie specjalnie zażyczył amerykański organizacyjny komitet, a które kosztowały Namysłowskiego 24 morgi czarnoziemu”. Za oceanem Namysłowiacy nagrali 10 płyt, dali koncert w Waszyngtonie, po którym Stanisława Namysłowskiego przyjął prezydent Coolidge. Do tego tysiące słuchaczy, plik recenzji, książeczka Tadeusza Górzyńskiego.
Pół roku żałoby
Z podróży po Ameryce wrócili miesiąc przed żniwami. Tłumnie witani w Gdyni i w Chomęciskach. Pewnie nie zdążyli opowiedzieć wszystkich swoich wrażeń z podróży, gdy umiera Karol Namysłowski (21 sierpnia 1925 r.). „Pogrzeb urządzają mu uczniowie. Nad trumną grają Gounoda, Bacha, Schuberta. Niosą trumnę na własnych barkach. Nad grobem mówi pięknie Wacław Mazurek. Pół roku orkiestra nie może przeboleć straty, pół roku wcale nie występuje.”
Do kolejnej wojny życie członków orkiestry upływa na uprawianiu ziemi i koncertach. W rytm pór roku: wczesną wiosną roboty w polu, w maju koncerty, żniwa i po wykopkach tournée i zima w domu. Druga wojna światowa przynosi śmierć. „Wielu muzyków w niewoli, słynny Jędruch Kostrubała do śmierci w zamojskiej Rotundzie, cała wieś Chomęciska musi jesienią czterdziestego drugiego opuścić zagrody, podobnie wsie sąsiednie. Stanisław Namysłowski ukrywa się w Milanówku, wróci dopiero pod koniec 1945 r.”
Opracowanie na podstawie zasobów Książnicy Zamojskiej
Agnieszka Piela



