„Wszystko wygląda tu tak jak przed dziesiątkami lat: kloce ładuje się na wózki, po czym kilku ludzi pcha je po szynach do hali traków; czasem ludziom – jak to widać na zdjęciu – pomaga koń” – tak o zwierzynieckim tartaku w artykule „Jak za króla Ćwieczka” pisał M. Cieplica w „Głosie Pracy” (nr 69, z 22.03.1978 r.).

                                                                                                                                        

Tartak w Zwierzyńcu liczył sobie wówczas ponad sto lat. „Przechodził różne koleje losu – palił się i był odbudowywany, a przy okazji każdej odbudowy coś tam modernizowano”. Z dawnych zabudowań pozostały stary komin kotłowni, budynek administracyjny i kilka budynków mieszkalnych, natomiast pozostałe obiekty były już w zasadzie nowe. Zmieniły się również warunki pracy w hali traków, gdzie kloce przeciera się na tarcicę. Było tam widno, przestronnie i ciepło, a zapylenie było mniejsze. O zmianach informował autora Józef Naklicki, przewodniczący rady zakładowej. Załoga oceniała je pozytywnie, ale podczas narad wytwórczych i konferencji samorządu robotniczego od lat powracał problem poprawy warunków pracy na placu tartacznym, gdzie składowano drewno. Praca w tartaku do lekkich nie należała. Załoga domagała się przede wszystkim „utwardzenia dróg wewnątrzzakładowych, co pozwoliłoby na mechanizację prac w składzie surowca”. Wyliczono, że koszt takiej inwestycji zwróciłby się w ciągu niespełna trzech lat. Był to więc nie tylko problem warunków pracy, ale również kwestia ekonomiczna. Dochodził jeszcze aspekt dydaktyczny. W Zwierzyńcu działało Technikum Przemysłu Drzewnego, a jego uczniowie odbywali praktyki w tartaku. „Widzą co się dzieje i nowoczesnej organizacji pracy się nie nauczą” – zauważał autor. W planach Okręgowego Przedsiębiorstwa Drzewnego zwierzyniecki tartak miał w kolejnej pięciolatce otrzymać nową suszarnię tarcicy, wartą milion złotych. Jej budowa była niezbędna ze względów ekonomicznych, szczególnie jeśli zakład chciał konkurować na rynkach zagranicznych, gdzie odbiorcy dyskwalifikowali tarcicę z najmniejszymi nawet śladami wad. O suszarni więc mówiono, ale utwardzenie dróg na placu tartacznym wciąż pozostawało na dalszym planie. Tymczasem, jak podkreślał Cieplica, bez tego „mechanizacja prac będzie niemożliwa, zaś ekonomiczne wykorzystanie suszarni stanie pod znakiem zapytania”.

Tradycje sięgające dawnej Ordynacji

                                                                                       

Dwa lata później o tym samym zakładzie napisał Józef Kuźnicki w artykule „Trudna droga do nowoczesności” („Sztandar Ludu”, nr 126, 4–5.06.1980 r.). Tym razem więcej miejsca poświęcił bogatym tradycjom zwierzynieckiego przemysłu drzewnego. Kuźnicki łączył początki tartaku z założeniem pod koniec XVI wieku przez Jana Zamoyskiego słynnego rezerwatu leśnego, zwanego popularnie zwierzyńcem. Ogrodzenie rezerwatu wymagało dużej ilości drewna, które zaczęto sprowadzać do wsi Ruda nad Wieprzem. Tam poddani ordynata wyrabiali materiał ogrodzeniowy, a później także elementy potrzebne w budownictwie. Potrzeby Ordynacji były duże, dlatego zakład stopniowo się rozbudowywał. „Na początku XX w. był to już duży zakład słynący m.in. z produkcji gontów jodłowych oraz tarcicy bukowej, z której w pobliskim Zwierzyńcu wyrabiano meble gięte”. Po dalszej rozbudowie, w latach międzywojennych, tartak zatrudniał 240 pracowników i przecierał około 22 tys. metrów sześciennych surowca rocznie – więcej niż w roku poprzedzającym publikację artykułu Kuźnickiego. W czasie II wojny światowej zakład został zdewastowany przez Niemców. Jak odnotowano w zakładowej kronice, po wyzwoleniu uruchomili go dawni pracownicy, którzy „w sobie tylko znajomy sposób potrafili tchnąć życie w zdezelowane urządzenia”. To właśnie pracownikom zakład zawdzięczał również stopniową, ale systematyczną modernizację. Zmieniały się potrzeby rynku. Nikt już nie krył dachów gontami, dlatego zlikwidowano ten dział produkcji. Postawiono natomiast na stolarkę budowlaną i elementy meblarskie.

Trudna droga do nowoczesności

Rozwijanie produkcji przy jednoczesnej modernizacji zakładu nie było jednak łatwe. Liczby przywoływane przez Kuźnickiego pokazują skalę problemów. Plan sprzedaży wyrobów na 1979 r. zakładał 68,5 mln zł, tymczasem sprzedaż wyniosła 55 mln zł. Zakład miał dostarczyć 25 tys. metrów sześciennych wyrobów, a wyprodukował 19 tys. metrów sześciennych. Nie wykonano również planu eksportu tarcicy – z zakładanych 2200 metrów sześciennych wykonano połowę. Zamówienia kolei na podkłady i tzw. wagonówkę zrealizowano w około 60 procentach. Udało się natomiast przekroczyć plan produkcji wyrobów z drewna liściastego, fryzów oraz elementów do tzw. mebli szwedzkich.

O przyczynach niewykonania planu mówił dyrektor zakładu, Zenon Zduńczyk, kierujący tartakiem od 1978 r. Jego zdaniem jednym z głównych problemów było niepełne zatrudnienie. Plan przewidywał 129 pracowników, tymczasem pracowało 113 osób. Wśród załogi przeważali starsi pracownicy, którzy, jak sami mówili,  nie mogli już „przerzucać kloców tak jak za młodych lat”. Sytuację pogarszała absencja chorobowa. Kilku schorowanych pracowników przeszło na rentę, ale na ich miejsce trudno było znaleźć nowych. Praca w tartaku nie należała do łatwych, a zarobki były niewielkie. Czterdzieści procent pracowników posiadało czwartą grupę zaszeregowania, a ich wynagrodzenia były niewiele wyższe od zarobków dozorców. Do tego dochodziły trudne warunki pracy, na otwartej przestrzeni lub w nieogrzewanych halach, w których królowały przeciągi. Każdy z pracowników hali traków w ciągu ośmiu godzin przenosił około 50 ton surowca. Ich praca, jak oceniał autor, była porównywalna z trudem hutnika. Silni mężczyźni odchodzili do LHS, a w zwierzynieckim tartaku szczególnie brakowało pracowników na najcięższych stanowiskach, związanych z manipulacją surowcem i jego przerobem na hali traków. Problemem był również brak pracowników z wykształceniem technicznym. Od 1970 r. zatrudniono 11 absolwentów miejscowego technikum, ale 10 z nich odeszło. Od 1977 r. nie zgłosił się już nikt. Absolwenci woleli pracę w administracji czy spółdzielni. Zdaniem dyrektora przyszliby do tartaku, gdyby zakład został zmodernizowany. Tymczasem wciąż „posługujemy się końmi”. Nie była to jedyna bolączka. Brakowało części zamiennych, między innymi do importowanych obrabiarek. Niedostatki dotyczyły także odzieży ochronnej, pojawiały się problemy z transportem.

Małe zmiany, wielkie plany

Nie wszystko jednak wyglądało źle. Poprawiła się organizacja pracy i jej dyscyplina. Wyeliminowano częste przypadki pijaństwa podczas pracy, ograniczono liczbę godzin nieusprawiedliwionych, wprowadzono progresywne premie. Ponad 10 procent załogi miało przeciwwskazania do ciężkiej pracy, dlatego rozwijano produkcję półfabrykatów do wyrobu mebli. Wytwarzano również opakowania, płotki odśnieżające dla PKP, paliki do pomidorów i różnego rodzaju listwy. Kierownictwo widziało przyszłość zakładu przede wszystkim w jego unowocześnianiu i uszlachetnianiu produkcji. Duże znaczenie miała mieć budowa suszarni oraz dalsze, nawet niewielkie modernizacje hali traków. Lista potrzeb była jednak długa, podobnie jak koszt ich realizacji. W Lubelskim Przedsiębiorstwie Przemysłu Drzewnego opracowano koncepcję modernizacji tartaku obejmującą m.in. mechanizację składu surowca i hali przetarcia, budowę sortowni na składzie tarcicy oraz budowę oddziału przerzynalni wraz z montownią ram tapicerskich. Całość wraz z rozbudową suszarni, budową mieszkań oraz ośrodka rekreacyjno-wczasowego miała kosztować około 82 mln zł.

Józef Kuźnicki kończył swój tekst przypomnieniem, że Zwierzyniec od niepamiętnych czasów odgrywał ważną rolę w rozwoju leśnictwa i przemysłu drzewnego. Tartakowi, pisał, należał się remont i troska – choćby ze względu na jego blisko czterystuletnie tradycje. A jednak w 1980 roku, mimo kolejnych modernizacji i planów inwestycyjnych, po placu tartacznym wciąż chodził koń, pomagając ludziom przy pracy.

Oprac. na podstawie: „Jak za króla Ćwieczka” M. Cieplica, „Głos Pracy” (nr 69, z 22.03.1978 r.). i „Trudna droga do nowoczesności” Józef Kuźnicki, „Sztandar Ludu”, (nr 126, 4–5.06.1980 r.).

Agnieszka Piela