O Stanisławie Berlickim, rolniku z Wołajowic, pisał J. Łabęcki w rubryce „Przedstawiamy” na łamach „Sztandaru Ludu” (nr 182, 22–24.08.1980 r.). I choć miał to być po prostu portret gospodarza, sposób, w jaki autor rozpoczyna swoją opowieść, przywodzi na myśl raczej początek powieści niż prasowy biogram.

„We wtorek wreszcie i nad gminą Hrubieszów przejaśniało. Wyjrzało spoza chmur rzadkie tego lata słońce, a «umiarkowany», jak powiadają w prognozach, wiatr delikatnie kołysał zbożem troskliwie je susząc”. Potem pojawia się Stanisław Berlicki, który jak każdego dnia wstał o piątej rano. Najpierw poszedł do obory, gdzie 30 sztuk bydła, w tym 12 krów mlecznych, domagało się śniadania. W tym czasie syn Mirosław dokonywał przeglądu snopowiązałki, od której sprawności zależał przebieg całego dnia pracy. A potem cała rodzina ruszyła do żniw. Andrzej prowadził traktor, Janek zajął miejsce na snopowiązałce, a Mirosław, trzy synowe i ojciec składali snopy. Gospodarz co jakiś czas przyglądał się kłosom, rozgniatał je w dłoniach, wydmuchiwał plewy i zastanawiał się nad tegorocznym plonem.
Nie, nic się nie stało. Ale Łabęcki potrafił o zwyczajnym dniu na gospodarstwie opowiedzieć tak, że chce się czytać dalej.
Berlicki uprawiał pszenicę odmiany „Grana”. Przestrzegał terminów agrotechnicznych, nie żałował nawozów i oprysków, korzystał z konsultacji gminnej służby rolnej. Szacowano, że zbierze od 35 do 40 kwintali z hektara. Rolnik jednak nie był do końca usatysfakcjonowany. Łabęcki nazwał go „człowiekiem pełnym twórczego niepokoju”, a Berlicki mówił: „Na naszych lessach i czarnoziemach powinniśmy uzyskiwać plony najwyższe w kraju i wierzę, że stać nas na to i że tak kiedyś będzie”. W 1979 roku sprzedał 700 kwintali zboża, 40 tys. litrów mleka i ponad 80 kwintali mięsa. Wszystko to osiągnął na 20 hektarach. A przecież, jak sam zauważał, „gdybym zajął się marchewką lub cebulką, zarobiłbym więcej”. Po chwili dodawał jednak: „Ale nie żyję tylko dla siebie”.
Gospodarność Berlickiego nie ograniczała się zresztą do własnego pola. Jego ojciec miał pięć morgów ziemi, on sam gospodarował na 20 hektarach, a jego synowie mieli po 14 hektarów. Rodzina dysponowała traktorami i własnym sprzętem rolniczym, choć w gospodarstwie brakowało jeszcze prasy do słomy. Łabęcki zastał Berlickiego tuż przed wyjazdem po nowy kombajn „Bizon-Super”. „Wszystko co dobre jest w życiu możliwe” – mówił rolnik. –„Ile to razy myślałem, że nie podołam i ludzie pokpiwali, a jednak udawało się. Po prostu trzeba bardzo chcieć i umieć i lubić pracować”.
Jednym z przykładów była droga, którą Berlicki wybudował razem z synami. Przywieźli 140 przyczep żużlu i 100 przyczep piasku, wszystko ładowane ręcznie. Na własny koszt kupili 800 kwintali cementu. W gminie radzono im, żeby wykorzystać sam żużel, ale gospodarz wiedział, że „to nie po gospodarsku”. Potrzebne były jeszcze gruber, brony i oczywiście – cement.
Synowie ukończyli kursy rolnicze, synowe były gospodarne i pracowite, a wnuki, jak pisał autor, dobrze się chowały. Rodzina stanowiła „bardzo swoisty, nieformalny zespół”. Wspólnie uprawiano buraki, pomagano sąsiadom: Małeckiemu i Wójcikowi. Po żniwach miała przyjść kolej na dalszą budowę drogi i plany zwiększenia produkcji.
„Taki już jest tow. Berlicki i tak swoich synów wychował” – kończył swój tekst Łabęcki.
Dziś najbardziej interesujący pozostaje chyba nie sam rolniczy bilans gospodarstwa, ale sposób, w jaki dziennikarz potrafił z kilku szczegółów zbudować portret człowieka: pracowitego, ambitnego, trochę upartego, a przede wszystkim przekonanego, że zawsze można zrobić coś jeszcze lepiej.
Oprac. na podst. „Stanisław Berlicki – rolnik z Wołajowic” J. Łabęcki, „Sztandar Ludu” (nr 182, 22–24.08.1980 r.)
Agnieszka Piela