Na łamach „Kuriera Lubelskiego” z 20 października 1978 roku (nr 237), w rubryce „Postaci nie z fikcji”, Andrzej Molik zaprezentował sylwetkę Elżbiety Woźniak [ur. 1944 r. – przyp. red.] – artystki i społeczniczki, która, jak wielu ludzi zaangażowanych w działalność społeczną, nie miała łatwego życia. Jak wielu artystów bywała postrzegana jednocześnie jako wizjonerka, szarlatanka i marzycielka. „Dziwna postać – można powiedzieć. Zadziwiająca” – pisał autor.

 

Dlaczego? Molik rozpoczynał swój tekst od zdumienia: „Bo jak to, żeby w ciągu dwóch lat tyle zrobić?”. Zastanawiał się również, co działo się w latach 1963–1976, od czasu ukończenia przez Elżbietę Woźniak zamojskiego Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. „Taka przerwa i 1963–1976, i nagle decyzja, uaktywnienie, chorobliwa chęć pracy i to tytanicznej”. Odpowiedź artystki była prosta: „Chciałam być samodzielna. Córki trochę podrosły, a ja wyszłam do ludzi, do innego środowiska. Jeszcze chciałabym znaleźć trochę czasu dla siebie…”.

W jej obrazach – zauważał Molik – dostrzec można było nadwrażliwość, bogatą wyobraźnię i głębię przeżyć. Widać w nich także kolejne etapy rozwoju artystycznego, jakby przesunięte o kilka lat. Od starannie cyzelowanych bukietów tworzonych „kreską arrasową”, gdzie dominowała forma, poprzez fantazyjne interpretacje natury i pleneru, aż po najnowsze obrazy – przemyślane w treści, wyrastające z osobistych lęków, doświadczeń i egzystencjalnych refleksji. „Można powiedzieć, że jest to malarstwo prymitywizujące” – pisał autor, od razu zaznaczając, że nie jest to zarzut. Przeciwnie, podkreślał solidne podstawy rysunkowe artystki, sprawność warsztatową oraz konsekwentne dążenie do doskonałości, którą osiągnąć można jedynie poprzez nieustanną pracę.

A Elżbieta Woźniak pracowała dużo. Malowała niemal bez wytchnienia, nadrabiając lata poświęcone rodzinie i codziennym obowiązkom. Jej twórczość stawała się nie tylko sposobem artystycznej wypowiedzi, ale także drogą do odzyskania własnej przestrzeni i niezależności.

W ciągu zaledwie dwóch lat powstało ponad tysiąc zdobionych kwiatowymi i ornamentalnymi motywami dzbanków, przeszło sto obrazów olejnych oraz niezliczona liczba akwarel. Do tego doszedł udział w czterdziestu wystawach zbiorowych i dziesięciu indywidualnych, organizowanych m.in. w Hrubieszowie, Tomaszowie Lubelskim, Zamościu, Lublinie, Puławach, Warszawie, Katowicach i Słupsku.

Rok 1978 był dla Elżbiety Woźniak szczególnie intensywny. Uczestniczyła w trzech plenerach malarskich: wojewódzkim w Hrubieszowie, plenerze organizowanym przez Wojewódzkie Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Lublinie oraz w Małem Cichem koło Zakopanego, zorganizowanym przez Klub Nauczycielski Plastyków przy Związku Nauczycielstwa Polskiego w Lublinie. Artystka chciała działać aktywnie w środowisku twórczym, jednak w Zamościu nie znajdowała podobnych możliwości, dlatego nawiązała współpracę z lubelskim środowiskiem plastyków. Jak zauważał Molik, najczęściej pracowała społecznie albo „za śmieszny grosz”.

W rodzinnym Zamościu, pamiętając własne doświadczenia związane z sieroctwem, zorganizowała osiedlową świetlicę Towarzystwa Przyjaciół Dzieci przy spółdzielni mieszkaniowej, a później także Kuratorski Ośrodek Pracy z Młodzieżą. Do świetlicy zaglądało nawet trzysta dzieci, natomiast z ośrodka korzystało około trzydziestu młodych ludzi. Jak pisał dziennikarz: „22 godziny tygodniowo za sumę, której tu nawet nie warto wymieniać, a trzy pierwsze miesiące po prostu za frajer…”. Molik odnosił się również do często powtarzanego argumentu, że artystka mogła utrzymywać się ze sprzedaży swoich prac. „Powie ktoś – zarobi na obrazkach. O nie, to jeszcze nie ta klasa i nie te wymagania” – notował. Sprzedała zaledwie kilka obrazów i część zdobionych dzbanków. Gdy otrzymała pierwszą w życiu nagrodę za udział w wystawie „Sztuka Świata Pracy” w Muzeum Okręgowym w Zamościu, przekazała ją na rzecz Centrum Zdrowia Dziecka. Nie był to jedyny gest bezinteresownej hojności. Podarowała także obraz Szkole Podstawowej nr 3 w Zamościu oraz wielkoformatowe płótno przeznaczone do zamojskiego ratusza. „Pan prezydent podziękował na piśmie, a jakże” – ironicznie odnotowywał Molik, dodając, że artystka była za ten gest wdzięczna.

W jego relacji wyłania się obraz osoby niezwykle pracowitej, społecznie zaangażowanej i bez reszty oddanej zarówno sztuce, jak i ludziom. Dla Elżbiety Woźniak twórczość nie była sposobem na zdobycie majątku, lecz formą służby i realizacji potrzeby działania.

Jakby tego wszystkiego było mało, Elżbieta Woźniak podjęła jeszcze naukę w trzyletnim Państwowym Zaocznym Studium Kultury i Oświaty dla Dorosłych w Warszawie. Niemal każdy weekend spędzała w podróży, dojeżdżając na konsultacje i sesje egzaminacyjne. Jej marzenia wykraczały jednak daleko poza własną twórczość. Chciała stworzyć w Zamościu organizację na wzór Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, która integrowałaby lokalnych artystów i miłośników sztuki. Pierwszym krokiem było powołanie Klubu Miłośników Sztuki. Jak zauważał Molik, inicjatywa od początku napotykała liczne trudności. „Bo działając od kwietnia nie ma gdzie się przytulić i rozwinąć skrzydeł” – pisał. Mimo problemów lokalowych i organizacyjnych klub zdążył już zorganizować aukcję dzieł sztuki, a jak z charakterystycznym dla siebie przekąsem dopowiadał dziennikarz: „dziełek”.

Na zakończenie swojego tekstu Andrzej Molik próbował znaleźć odpowiedź na pytanie, skąd u Elżbiety Woźniak tyle energii, uporu i pasji do działania. Skąd brała siły na malowanie, działalność społeczną, naukę i organizowanie kolejnych inicjatyw? Nie dawał jednoznacznej odpowiedzi. Zastanawiał się jedynie, czy źródłem tej niezwykłej aktywności nie były lata wcześniejszego milczenia i odkładanych na później marzeń. Patrząc na dokonania artystki z perspektywy czasu, trudno nie odnieść wrażenia, że lata po ukończeniu szkoły plastycznej nie były okresem bezczynności. Były raczej czasem dojrzewania do momentu, w którym twórcza i społeczna energia mogła wybuchnąć z niezwykłą siłą. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych Elżbieta Woźniak nadrabiała stracony czas i robiła to w tempie, które zadziwiło nawet doświadczonego reportera.

Oprac.
Agnieszka Piela